sty 052015
 

Wszechświat próbował mi rzucać kłody pod nogi, gdy tylko próbowałam zasiadać do pisania tego wpisu. Gdy już przebiłam się przez samo poszukiwanie aktora, przez poszukiwanie foty odpowiedniej, przez poszukiwanie w odmętach mej głowy uzasadnienia… zabrakło mi netu, awaria, te sprawy, stąd opóźnienie. Ale co się odwlecze… Smacznego, moi drodzy, moje drogie.
Wbrew pozorom to nie było łatwe zadanie. Pięknych twarzy nie brakuje, to oczywiste, ale szukałam aktorów, którzy pasują nie tylko wizualnie, ale szerzej – są kompatybilni dorobkiem, reputacją, czy „tym czymś”, co sprawia, że obsadziłabym ich w mojej ekranizacji. Możecie się zgadzać, lub nie, ale cóż, i tak to ja jestem dyrektorem tego castingu 😉

galeria

kilka twarzy aktorów kanonicznych, na dowód, że moje zadanie łatwe nie było! Choć research rzadko bywa aż tak przyjemny…

Miron

Paradoksalnie – jeden z największych orzechów do zgryzienia. Już już miałam troszkę oszukać i sięgnąć po Alain Delona, pierwszego złego chłopca kina europejskiego, przed którym w odpowiednim czasie matki ostrzegały swoje córki… ale to byłoby jednak oszustwo. Nie można na skróty importować do Hollywood Francuza i liczyć, że załatwi problem. Kolejni kandydaci odpadali. A nawet zasięgnęłam opinii Zwierza Popkulturalnego, którego to Zwierza zawsze łatwo namówić na przeglądanie zdjęć pięknych aktorów… Proponowała młodego Richarda Burtona… i właściwie byłam o włos, od stwierdzenia tonem mojej siostrzenicy: Ależ to znakomity pomysł! I jakie zabawne mrugnięcie okiem – niekończące się zejścia i rozwody Burtona z oszałamiającą i kapryśną Elizabeth Taylor niczym subtelna sugestia dotycząca wybuchowego związku diabła z pewną wiedźmą… ale wówczas doznałam olśnienia. Tych olśnień było całkiem sporo w tym tygodniu. Otóż uświadomiłam sobie, że nie mogę patrzeć na obsadzenie Mirona jednostkowo, nie mogę widzieć go jako odrębnego bytu, skoro u boku ma Joshuę… którego obsadziło mi się całkiem łatwo… I to zadecydowało. To był przełom.

MB

Kiepska reputacja, lgnące kobiety i szwendanie się po barach jako opis roli? Hej, Marlon zrezygnował z gaży!

Młody Marlon Brando. Pierwszy gniewny, niegrzeczny i nieznośnie naładowany erotycznym napięciem chłopiec Hollywood. Po grzecznej epoce Rocka Hudsona, po niewinnej buźce Montgomery’ego Clifta, po czułych spojrzeniach Gary’ego Coopera nadszedł on. W skórzanej kurtce, bez szacunku do tradycji, bez względów dla wartości. Aktorska bomba z krótkim zapalnikiem. Dziewczęta mdlały i marzyły o złym chłopcu, marząc, że specjalnie dla nich jednak będzie dobry. Bywało różnie. Obłędnie utalentowany miał swoje wzloty i upadki, ale jego kariera do dziś śni się aspirującym do zawodu aktora chłopcom, którzy za dnia kelnerują w hollywoodzkich kawiarniach i biegają po castingach.

Joshua

Tu nie ma wątpliwości. Ptaszyna może być jeden – James Dean. Niewiele mówi, ale emanuje całą gamą emocji i bezradnym buntem. Buntownik, który ma swoje powody, choćby dziadka. Każdy gest przepełniony napięciem. Chłopięcy wdzięk, który nie zdążył zmężnieć. Figura wiecznej młodości. Niebieskie oczy wypełnione smutkiem i jasne, falujące nad czołem włosy  uwodziły dziewczęta na całym świecie.

JD

James już na castingu zaimponował mi wejściem w rolę. Zaimprowizował monolog zaczynający się od dramatycznego wyznania: Dziadku, mam gdzieś politykę, chciałem tylko, żebyś mnie kochał! Popłakałam się i dostał tę rolę.

Błękitne dżinsy opinające tyłek i miłość do szybkich samochodów też miały swój udział w kreowaniu wizerunku chłopaka, który może i jest kłopotem, ale każda dziewczyna chciałaby sobie z takim kłopotem poradzić. Warunki fizyczne i bezsprzeczny talent aktorski pozwoliły mu zbudować imponującą, choć tak krótką karierę – przemknął przez firmament hollywoodzkiego nieba za szybko, by przyjąć kiepską rolę. Zagrałby Joshuę tak, że anioł dorobiłby się grona nowych fanek, plakatów na ścianach dziewczęcych sypialni. A jak pięknie wyglądaliby z Marlonem Brando! I jak oni by razem grali! Podobny warsztat (choć Marlon hojniej szafował środkami wyrazu artystycznego), chmurne spojrzenia, och! W alternatywnej rzeczywistości James i Marlon zostali nominowani do Oscara za te role, szykowała się bratobójcza walka, ale Akademia wspaniałomyślnie przyznała nagrodę exe quo, ignorując to, że regulamin na to nie zezwala. Zaufajcie mi, byłam producentem tego filmu 😉

JD2

James jest równie mocno jak ja zdenerwowany stosunkiem przerywanym, jaki mam z internetem dzisiaj. Popijamy kawę i liczymy, że do jutra się nawróci. Internet, nie James.

Ponieważ walczę z netem i od czterech godzin usiłuję dodać ten post, a potem zamiera mi net i wszystko idzie w diabły, nie będę ryzykować i na razie dostajecie tylko chłopaków. W dalszej kolejności pierwotny triumwirat, Baal, Rafael i Leon. A potem wilki. A co, wolno nam :) Może jutro mój dostawca internetu odnajdzie w sercu boga, bogów, co tam chce, niech znajduje, byle mi internet działał :)

  2 Responses to “Złota Era Hollywood spotyka Heksalogię, cz. 2, Diabeł, Anioł i awaria netu”

  1. Witam, wlasnie dodalem ta www do moich ulubionych, ma potencjal, ale musze ci powiedziec, ze jest slabo widoczna w wyszukiwarce google. Zasluguje na lepsze pozycje w google. Jest cos co ci sie na pewno przyda, poszukaj sobie w google – niezbednik dla kazdego webmastera

  2. Dzielimy podobną pasję. Mnie zabrakło tutaj Bogarta. Swego czasu byłam mocno wkręcona w temat. Poza oglądaniem filmów ze Złotej Ery Hollywood czytałam o życiu gwiazd i ich warunkach pracy, może Cię zainteresuje, co z tego wynikło: http://dzikikucyk.com/zlota-era-hollywood/

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>