sty 122016
 

Dziś przekonałam się, że czasami znów mamy 13 lat i to wcale nie jest tak przerażające, jak się wydaje. Przeciwnie. Może być całkiem piękne.

22a9917b01d7e3e6ad798a92c38ab0fd
Jakieś, nie przesadzam, 22 lata temu, zapragnęłam na śmierć i życie maszyny do pisania. Nie byle jakiej. Marzyłam by mieć małą kompaktową Olivetti ale odkryłam, że nie ma polskich czcionek, więc obiektem moich fantazji stała się Princess, odpowiedź łucznika na potrzebę polskiej, kompaktowej, walizeczkowej maszyny. Już wtedy byłam przekonana na zabój, że będę pisarzem, a pisarz po prostu musi mieć maszynę do pisania.
Marzenie nie mogło się spełnić. Nie od razu. Po pierwsze, uciułałam wówczas z kieszonkowego, jakiś nagród w konkursach recytatorskich, literackich i tekstów drukowanych tu czy tam (w tym w Bravo, ale cicho sza, płacili dobrze), całkiem sporą sumę, ale to wciąż była spora suma dla 13 letniej dziewczynki, a nie uniwersalnie wielka suma. Wówczas maszyny wcale nie były takie tanie, bo przecież komputery dopiero raczkowały i maszyny były całkowicie podstawowymi sprzętami biurowymi, na tyle niezbędnymi, że nie musiały być tanie. Po drugie, mieszkałam w malutkim miasteczku, gdzie szczytem wyspecjalizowanego sklepu był sklep z rowerami, o takim z maszynami do pisania nie było mowy. I nie, nie było allegro, choć pamiętam, że przeglądałam ogłoszenia kupię sprzedam wymienię w jakiejś regionalnej prasie. Gdyby ktoś wtedy chciał wymienić maszynę do pisania na nerkę, pewnie dziś bym nie żyła, chyba że wymieniłabym akurat na tę, która po latach i tak przestała działać.
popkorn.pl_plakaty-i-obrazy_255116

Widzicie, maszyna do pisania była mi wtedy niezbędna do życia, jak tlen. Bo oznaczała pisanie, oznaczała możliwość wysyłania swoich tekstów, dawała nadzieję druku. Nikt już nie chciał widzieć rękopisów w poczcie redakcyjnej. Ciężko zrozumieć zwłaszcza młodszym, którzy siedzą sobie teraz przy komputerze jak jeden mąż, skoro czytają to na fejsie… Komputer w moim domu pojawił się znacznie później. Chyba już byłam na studiach, bo należał zdecydowanie do mojej średniej siostry. Na pierwszym roku studiów ludzie oddawali prace zaliczeniowe pisane ręcznie, albo płacili ludziom za przepisywanie ich na komputerze, albo płacili za dostęp do nich w kafejkach internetowych.
Ale, nie wyprzedzajmy faktów. Znów mam 13 lat, chcę, marzę, pragnę. Moja mama czasami wypożyczała dla mnie maszynę do pisania ze szkoły, w której pracowała. Przywoziła mi ją na weekend, kiedy szkoła była zamknięta, a ja przez dwa dni frenetycznie próbowałam przepisać wszystkie swoje rękopisy, które uważałam za wystarczająco dobre, by je przepisać. Stukałam jak szalona od rana do późnego wieczora.

cat-green-typewriter

Aż któregoś dnia na targu, który jak co wtorek się rozkładał na rynku przedborskim zobaczyłam JĄ.
Ok, właściwie nawet nie na targu. Na targu byli ci lepsi sprzedawcy. Ja ją znalazłam na takich lewych straganach rosyjskojęzycznych sprzedawców, którzy rozkładali łóżka polowe i koce w pobliskim parku.
Skolko, ugodno, haraszo i bierij!
Nie znam rosyjskiego, nigdy nie znałam, ale te stragany przyciągały tym, że nigdy nie było wiadomo, co się tam znajdzie. Zabawki, jakieś dziwaczne obrazy, dziadek do orzechów obok podróbki myszki miki… Cuda na kiju, kije na cudach, cudowne kije.
Aż któregoś razu była tam ona.
Maszyna. Olimpia.
Maszyna, jak przystało na sprzęt sprzedawany przez rosyjskojęzycznego sprzedawcę, była niemiecką maszyną z niemiecką czcionką. Wszystkie te umlauty i szarbessesy mnie nie odstraszyły, bo przecież to byłą MASZYNA DO PISANIA! Do dziś pamiętam moją panikę, że o boże, o boże, nie mam przy sobie moich pieniędzy, bo kto by się spodziewał, o boże, gdzie jest mama, o boże, ktoś ją kupi, gdy tylko się odwrócę, gdy tylko odejdę! Pamiętam, jak próbuję zaklepać ją u sprzedawcy, który ni w ząb pewnie nie rozumiał czemu krzyczę i o co mi chodzi. I czemu pokazuję 5 palców, skoro maszyna kosztuje 75 złotych (nie pamiętam, czy to było świeżo po denominacji, ale taka kwota mi się zapisała w pamięci). To było pięć palców na pięć minut.
Liczyłam, że tyle zajmie mi znalezienie mamy, która gdzieś tu przecież była, jak co wtorek kupując warzywa i spotykając znajomych. Znalazłam ją dość szybko i zaczęłam odciągać, nie bacząc na to, że z kimś rozmawiała (co mnie obchodzi ten ktoś, gdy tam ktoś kradnie mi moją maszynę! bo wierzcie mi, w moich myślach ona już była moja i tylko mama musiała mi pomóc odebrać ją tym ludziom i zanieść do domu). Ciągnąc mamę w stronę rosyjskiego targu tłumaczyłam, że mam te pieniądze w domu, ale zanim dobiegnę i wrócę minie pół godziny, a MY, ja i maszyna, nie mamy tyle czasu. Podeszłyśmy do koca w kratę rozłożonego na trawie, zawalonego rupieciami, a ja umierałam z niepokoju, że już jej tam może nie być. Była. Moja mama oglądała ją spokojnie, a ja obok prawie krzyczałam w duchu, że o boże, weźmy ją już, nie mów, że tu brudne, tam wyszczerbione, bo to piękna maszyna i już moja! Ale moja mama była wytrawnym kupowaczem, znała zasady tego targu lepiej niż ja. Zresztą, moja siostra chyba to odziedziczyła, ja do dziś nie umiem się targować. A mama się targowała. Facet sprzedający uśmiechał się pod wąsem (tu być może ponosi mnie fantazja, bo może wydawać mi się, że miał wąsy, a nie miał, ale ja patrzyłam tylko na maszynę, by mi nie zniknęła, gdy mrugnę) i przekomarzali się, że może i brudna, ale się umyje, może i wyszczerbiona pokrywa, ale przecież to nie wadzi. Ale polskie czcionki nie wyrosną, prawda? – rzuca mama i facet wybucha śmiechem. Stargowała 15 złotych. Wracałam do domu w euforii, ściskając tę maszynę, a ważyła dobre 5 kilo.
Kolejne lata pracowało nam się świetnie. Pisałam na niej codziennie. Owszem, dorabianie piórem ogonków, kreseczek, kropeczek i całej reszty diakrytów było upierdliwe. Ale to estetyczny detal, czyż nie? To na niej wystukiwałam maszynopisy, wysyłane Kresowi do Kącika złamanych piór. Pierwsze opublikowane teksty.

d69701632cae1508b10102bc71e6177d

Wyjeżdżając na studia też ją zabrałam i pierwsze prace zaliczeniowe na 1 i 2 roku oddawałam przepisywane na maszynie, fioletowe od kalki, bo drugi egzemplarz paranoiczna ja zostawiałam sobie, jakby zginął prowadzącemu zajęcia. Kto pamięta frustrację, gdy na maszynie pisało się coś bardzo na czysto i pod sam koniec strony był babol z tych, których gęsinka czy korektor nie poprawią? Ech. Potem pisałam już na świetlicowym komputerze, bo coraz częściej pojawiało się oczekiwanie zapisu na dyskietce czy przesłania pracy mailem. A sporo sporo później kupiłam sobie laptopa i maszyna wróciła do domu rodziców.
Bardzo długa historia, wiem. Ale przypomniała mi się dziś nie bez powodu. Rozmawiam z mamą przez telefon. Powiedziałam jej o tatuażu i nie była zachwycona, ale przyjęła to do wiadomości (bo w sumie co może zrobić, klasyczna strategia Anety – mleko się wylało, już po fakcie, pogódź się z tym).
I jakoś tak wspominam, że ostatnio mnie tak naszło i na allegro zaczęłam szukać maszyny do pisania. Tak sentymentalnie. I trafiłam na nówki magazynowe princess Łucznika.
Moja mama:
– Ile kosztują?
– Stówkę plus przesyłka – mówię.
– Ja ci prześlę pieniądze, tylko ją sobie kup – mówi mama.
– Ale czemu? – pytam, naprawdę ciekawa, co ją motywuje, bo przecież, choć niektórzy wątpią, mimo że jestem pisarzem, nie dostaję już kieszonkowego od mamy na przeżycie od wielu, wielu lat.
– Bo zawsze ją chciałaś mieć – usłyszałam.
I troszkę się rozpłakałam. Bo to po prawdzie bardzo wzruszające. I kupiłam sobie pincessę, księżniczka dostanie swoją księżniczkę. I tak, to sentymentalna i mało rozsądna decyzja, nawet jeśli już znalazłam 32 powody, dla których nie można uznać jej za nieracjonalną. Ale przecież jestem dorosłą osobą i mogę sobie kupić maszynę do pisania. Nie wiem, czy moja mama pamięta tę całą historię tak wyraźnie jak ja. Może nie, czasem się zdarza, że patrzy na mnie jak na ufoludka, który ma przerażająco dobrą pamięć do szczegółów, które jej się już dawno zatarły. Ale dziś przez chwilę znów miałam 13 lat i dostałam szansę, by mieć princessę, która była szczytem moich marzeń.I już to warte jest tego kliknięcia kup teraz na allegro.

564460_10151118174108864_592729880_n

PS. Wszystkie ilustracje w tekście pochodzą z mojego katalogu pinterestowego zawierającego mnóstwo ślicznych zdjęć maszyn do pisania. Tak, mam taki katalog A szczytem perwersji jest to, że te zdjecia często ustawiam na tapecie pulpitu mojego lapka. Ponieważ zakup miał miejsce dziś i czekan na przesyłkę, jeszcze nie robię uroczych i przesłodkich zdjęć mojej księżniczki. Ale lepiej niech się na to mentalnie przygotuje.

  3 Responses to “Historia pewnej księżniczki i pewnego marzenia”

  1. Może to głupie, bo nijak mnie nie dotyczy, ale się wzruszyłam! Gratuluję Mamy i gratuluję księżniczki! Oby po przyjściu sprawiała nadal tyle radości!

    • nie musimy dzielić z kimś marzenia, by cieszyło i wzruszało nas ich spełnianie 😀 dlatego ryczę na filmach o sportowcach, choć w życiu nie uprawiałam na poważnie żadnego sportu 😀

  2. Trochę rozumiem, choć mnie się udało poznać z maszyną bez problemów. Jeszcze przed maturą rodzice kupili maszynę do pisania, nie pamiętam marki ale śliczna, maleńka i zamykana do formy walizeczki. Pisałam na niej pisma dla mamy do pracy na zmianę z ojcem. Potem bardzo szybko w domu pojawił się komputer i maszyna do tej pory stoi za szafą. Chyba stoi, bo od lat nie mieszam w domu rodzinnym.
    Maszyna, stukot pisania i kalka tworzyły nastrój, którego nie zastąpi laptop na kolanach :)

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>