Aneta Jadowska – Po deszczu każdy wilk śmierdzi mokrym psem

 

Telefon w środku nocy nigdy nie wróży nic dobrego. Umarł ktoś z rodziny, ktoś ma zbyt wiele alkoholu we krwi i pilną potrzebę konwersacji lub, co gorsza, ktoś przypomniał sobie, że biorę kasę za to by służyć i bronić. Moja szefowa zawsze powtarza, że policjantem się jest dwadzieścia cztery godziny na dobę. I coś mi mówiło, że to jeden z przypadków, kiedy jej słowo staje się ciałem.

– Wilk, słucham – burknęłam w słuchawkę.

– Przyjeżdżaj szybko na Bielany, na ostry dyżur.

– Daj spokój, skoro ty tam jesteś, to po co ja? Śpię… – jęknęłam rozdzierająco.

Zignorował to.

– Kolejna dziewczyna, ten sam sprawca, ale ona żyje, rozumiesz?

Usiadłam gwałtownie.

– Żyje?

– A po co bym ci kazał przyjeżdżać na Bielany zamiast do kostnicy?

– Fakt, nie kontaktuję najlepiej, rozmawiałeś z nią?

– Nie. Chce rozmawiać tylko z tobą.

– To częste u ofiar gwałtu – mruknęłam, dociskając słuchawkę ramieniem do ucha, by wolnymi rękami wciągnąć spodnie na tyłek.

– Dora, ona nie pyta o jakąś policjantkę, ale konkretnie o ciebie. Nie chce nawet powiedzieć jak się nazywa dopóki się nie zjawisz, więc rusz swój chudy tyłek i to już.

– Będę za kwadrans – zapewniłam.

Na górę piżamy wciągnęłam sweter, a na gołe stopy trampki. Potargane podczas snu włosy związałam gumką nie spoglądając nawet w lustro. Nie było dobrze. Istniała szansa, że kobieta prosi o mnie, bo kiedyś już się zetknęłyśmy, ale to mało prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne, że dziewczyna jest taka jak ja i trzeba będzie nadwyrężyć nieco kręgosłup, by nikt się nie zorientował.

Moja mała mikra z trudem wyciągnęła sto dwadzieścia na godzinę. Na jednym z przejść dla pieszych flesz radaru zapewnił mnie, że ta wycieczka została uwieczniona na zdjęciu i wkrótce dostanę mandat. Kolejny. Jeszcze chwila, a zbiorę dość punktów karnych, by stracić prawo jazdy. Kolejny raz. Ale nie zdjęłam nogi z gazu. Na parkingu szpitalnym byłam po dziesięciu minutach.

Zając z Nowakowskim siedzieli w poczekalni wnerwieni.

– No nareszcie… – warknął Nowakowski. Spojrzałam chłodno na jego niechlujne ciuchy i ślady pijaństwa na twarzy.

– Nawet gdybym miała skrzydła nie dotarłabym szybciej, palancie, dziesięć minut, więc nie narzekaj. Gdzie ona jest? Był u niej lekarz?

– Nikt się do niej nie zbliżał, bo chce najpierw rozmawiać z tobą. – Zając wskazał ręką na gabinet zabiegowy.

Zamknęłam za sobą drzwi, by nikt nie słyszał naszej rozmowy. Ofiara wydawała się bardzo młoda, co mogło być złudzeniem. Delikatny zapach ziół i świeżo skoszonej trawy powiedział mi, że dziewczyna przynajmniej w części była elfką albo uzdrowicielką.

– Hej, jestem Dora Wilk, chciałaś się ze mną widzieć? – zapytałam szeptem, podchodząc bliżej do kozetki, na której siedziała, skulona, owinięta pledem, potargana. Drobna i jasnowłosa, wyglądała krucho i delikatnie. Gdy uniosła głowę zobaczyłam spuchnięty nos i fioletowe wybroczyny symetrycznie rozmieszczone pod oczami. Wargę miała rozciętą i obrzmiałą, w kąciku ust formował się solidny strup, sińce powoli wykwitały na policzkach i szyi.

– Nie chcę lekarza, nie chcę badania. Zorientują się, że nie jestem człowiekiem.

– Jesteś elfką?

– Tak. I częściowo selkie. Mam na imię Brenna.

– Cholera – mruknęłam.

– Właśnie – uśmiechnęła się blado. – Mogę ukryć wiele, ale raczej nie skrzela i błonę między palcami. Katarzyna powtarzała nam, że w takiej sytuacji powinnyśmy prosić o ciebie.

Katarzyna była głową mojego sabatu i członkinią Starszyzny, wielorasowej rady rządzącej w Thornie, mieście magicznych. Ale ja i dziewczyna znajdowałyśmy się w Toruniu, mieście ludzi, którzy nie mają pojęcia o alternatywnym świecie, magicznych stworzeniach czy magii jako takiej. Moi koledzy z policji oczywiście byli nieświadomi tego, że jestem wiedźmą. Oczekiwali, że namówię dziewczynę na badania, do złożenia zeznań i podania rysopisu faceta, którego ścigaliśmy od tygodni. Faceta, który zgwałcił i zabił już cztery kobiety, a my wciąż nie mieliśmy sensownych tropów. Brenna jako jedyna przeżyła spotkanie z nim, zapewne dlatego, że nie była zwykłą kobietą, o czym napastnik raczej nie wiedział.

– Wiesz kim on jest? Ten, który ci to zrobił?

– Nie znam go. Wiem tylko, że był wilkiem. Chyba nie zauważył, że jestem magiczna, zgwałcił mnie i pobił, myślał, że nie żyję. Po wszystkim straciłam przytomność, a zanim ją odzyskałam, ktoś mnie znalazł w parku, dlatego tu jestem.

– Widziałaś go? Rozpoznałabyś go lub jego zapach?

– Nie sądzę. Twarzy nie widziałam, węch mam średni. Pachniał jak każdy wilk, testosteronem i zbutwiałymi liśćmi, nic szczególnego. Dość wysoki, duży, pamiętam czarną bluzę i pierścień na kciuku… Nic więcej. Podrapałam go, ale sama wiesz, że na nich wszystko się goi jak na psie. Szkoda, że nie wydrapałam mu oczu… – skuliła się jeszcze bardziej.

Wyglądała smutno i żałośnie, uruchamiała mój instynkt, który nakazywał chronić ją przed resztą świata. Coś w jasych oczach dziewczyny mówiło mi, że dzisiejszej nocy ten wilk złamał ją i nie pozbiera się szybko. Może nigdy..

Skinęłam głową i zaczęłam się zastanawiać co zrobić. Nie mogłam pozwolić, by wzięli wymaz, badanie DNA wykazałoby anomalię. Nie mogłam pozwolić, by lekarz zorientował się, że jej budowa różni się od ludzkiej. Raport będzie fałszywy jak uśmiech Casanovy, ale miałam zobowiązania wobec magicznych, wobec moich ludzi.

– Złapiesz go? – szept był ledwie dosłyszalny.

– Tak – może nie powinnam jej tego obiecywać, ale wiedziałam, że zrobię wszystko, by dotrzymać słowa. Nawet jeśli miałoby mnie to kosztować więcej, niż chciałabym dać.

– To dobrze. Zabierz mnie stąd.

Łatwo powiedzieć. Na szczęście przeklinane na co dzień procedury i kruczki prawne mogły nam pomóc w sytuacjach takich jak ta.

– Masz prawo odmówić zeznań, powołaj się za szok. Odmów badania z powodów religijnych, dajmy na to jesteś ekstremalnie oddana islamowi. Poczekam i odwiozę cię do Sanktuarium, tam dojdziesz do siebie, dobrze?

Spoglądała na mnie z takim wyrazem ulgi odmalowanym na posiniaczonej twarzy, że na chwilę zapomniałam o tym, że łamię co najmniej kilka przepisów i utrudniam pracę policji, którą sama reprezentuję. Ale nie teraz. Teraz byłam wiedźmą, która chroni tajemnicę naszego świata. Poproszę o fanfary, koledzy z oddziału na pewno mnie pokochają. Wyszłam do nich na korytarz spięta i zdenerwowana.

– Niewiele pamięta, nie zgadza się na badanie, zresztą, jak poprzednio, używał prezerwatywy. Nadal jesteśmy w punkcie wyjścia – oświadczyłam pewnym tonem.

Cóż, oni faktycznie byli w punkcie wyjścia, ja miałam swój punkt zaczepiania, ale nic czym mogłabym się podzielić.

– Chyba sobie żartujesz! Chcę z nią porozmawiać! – warknął Nowakowski i zaczął przepychać się obok mnie w stronę drzwi.

Chwyciłam go za rękaw.

– Zostaw. Naprawdę chcesz, by rozeszło się, że naskoczyłeś na pobitą i zgwałconą dziewczynę, zostawiając jej większą traumę niż napastnik? Ile czasu minie nim dowiedzą się o tym dziennikarze i nasza kochana szefowa? Daruj sobie, dziewczyna jest w szoku, a ten skurwiel dopilnował, by nic nie widziała.

– A niby dlaczego chciała rozmawiać tylko z tobą? – Łypnął podejrzliwie.

– Bo mnie zna. Kilka lat temu była na kursie samoobrony, który prowadziłam – skłamałam gładko.

– Chyba niewiele ją nauczyłaś, co?

– Ona waży jakieś czterdzieści kilo, on ponad setkę. Zaszedł ją od tyłu i ogłuszył. Jak byś sobie poradził z czymś takim, panie macho? I zapomnij o tym, że pozwolę ci tam wejść i zgnoić ją jeszcze bardziej – warknęłam, odpychając go od drzwi.

– Nowakowski, zostaw, ona ma rację – stwierdził Zając, nie spuszczając mnie z oka. Może czuł, że nie mówię wszystkiego, ale zawsze łatwiej mu było dogadać się ze mną niż z Nowakowskim.

– Odwiozę ją do domu, wypytam dyskretnie i powtórzę wam wszystkie przydatne szczegóły, słowo. Ona naprawdę nie zaufa facetowi i nie powie wam ani słowa.

– Wiesz o czym mówisz? – Zając uniósł brew.

– Może wiem. – Lepiej, by podejrzewał, że wspólne doświadczenia moje i tej dziewczyny sprowadzają się do bycia ofiarą seksualnej napaści, może nie zacznie kopać głębiej.

*

Droga do Thornu minęła szybko. Zaparkowałam auto na Kopernika i pieszo zaprowadziłam Brennę do portalu. Metalowa brama wiodła na podwórko-studnię, chyba że znało się zaklęcie, wtedy prowadziła wprost na uliczkę naszego magicznego miasta. Dziewczyna była w kiepskim stanie. Trzęsła się z zimna lub nerwów, dzwoniła zębami i co chwilę oglądała się za siebie, jakby spodziewała się, że wilk wróci i skończy co zaczął. Udzieliło mi się jej zdenerwowanie i przeklinałam się w duchu za to, że nie miałam przy sobie ani glocka, ani nawet odznaki. Prowadziłam ją jak przedszkolaka do siedziby Starszyzny, gdzie znajdowało się Sanktuarium, szpital dla magicznych.

Kilkanaście minut później Katarzyna wyprowadziła mnie z pokoju zabiegowego, zostawiając Brennę pod opieką uzdrowicielki.

– Dziękuję, Doro, zrobiłaś, co należało. – Jej piękna twarz wyrażała smutek i ból.

– Robię, co muszę, Pani. Ale nie podoba mi się to. Mamy wilka, który zgwałcił i zabił cztery ludzkie kobiety, plus Brenna dziś. Muszę go złapać.

– Sądzisz, że to renegat? – Znałam ją dość długo, by poznać, że chciałaby, by tak właśnie było.

Spojrzałam na nią uważnie.

– Nie. Sądzę, że to ktoś od Brunona. Od pierwszego zabójstwa minęły ponad dwa miesiące. Żaden renegat nie przetrwałby tyle na terytorium stada nie zauważony i nie przepędzony.

– Bruno nie będzie zachwycony.

– To akurat mnie nie obchodzi. Jeden z jego wilków wszedł na złą drogę, a ja muszę dopilnować, by tego pożałował. Sprawa nie ucichnie tak po prostu. A im głośniej o niej, tym większe ryzyko, że coś się wyda. Kiedyś zostawi ślady DNA i nie zdołałam tego zatrzeć. Na razie stan ciał nie sugeruje, że zabójca jest kimś więcej niż człowiekiem, ale z czasem może mu to nie wystarczyć, co wtedy? Atak dzikich zwierząt w środku miasta? Nie będę czekać i nie zostawię tego.

– Nie proszę cię o to.

– Prosisz, Pani. Gdy wymusiliście na mnie obietnicę, że będę chronić sekrety Thornu wiedziałaś, że nie raz będę musiała kłamać.

Wzruszyła ramionami. Dla niej dylemat nie istniał. Prawa i reguły magicznych zawsze były priorytetem. To, że ja miałam jakieś wątpliwości i upierałam się, by żyć między ludźmi, a nie w Thornie uważała za przejaw mojej niedojrzałości. Ot młodzieńczy bunt. W końcu miałam zaledwie dwadzieścia osiem lat, ona ponad pięćset. Z jej perspektywy byłam oseskiem.

– Muszę porozmawiać z Brunonem – powiedziałam twardo.

– Poślę po niego.

*

Bruno przytłaczał mnie samą swoją obecnością. Wysoki, masywny kłąb agresji i zbyt wysokiego poziomu testosteronu. Nie przepadam za tą rasą. To nie uprzedzenia, ale doświadczenie. Zbyt często jako policjantka miałam do czynienia z wilkami, którym zawsze bliżej było do świata przestępczego niż do uczciwej pracy. Rozboje, bójki, włamania, handel narkotykami, stręczycielstwo. Mówisz i masz. Oczywiście nie każdy zbój grasujący po ulicach Torunia był wilkiem, ale procent był spory. Zdecydowanie większy niż pozostałych ras razem wziętych. Nie słyszałam, by choć raz włamywacz czy bandyta okazał się wampirem, magiem, demonem czy wiedźmą. Nie, żebyśmy wszyscy byli stadkiem owieczek, ale wilki zasłużyły sobie na swój zły PR.

Wielki pokój, w którym gromadziła się Starszyzna wydał się nagle ciasny i klaustrofobiczny. Odepchnęłam od siebie strach, który Bruno starał się we mnie zaszczepić i spojrzałam Alfie prosto w oczy. Bursztynowe i wilcze. Jego bestia czaiła się tuż pod skórą.

– Nie wiesz o czym mówisz, wiedźmo, nie wydam ci jednego z moich tylko dlatego, że jakieś cizie były w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie – warknął.

Przygryzłam wargi. Wykład na temat piętnowania ofiar zamiast gwałciciela nie zmieniłby jego postrzegania rzeczywistości. Był cholernym szowinistą, kabotynem, seksistą, który miejsce kobiet widział w kuchni lub w łóżku, najlepiej na krótkiej smyczy, by nie oddaliły się zanadto od swoich obowiązków.

– Świetnie, odmawiasz współpracy, ale nie myśl, że popuszczę. Znajdę go Bruno, z twoją pomocą czy bez niej, ale lepiej dla twojego stada, byś jednak był po mojej stronie – powiedziałam, siląc się na spokój.

Katarzyna milczała, jej smukłe palce wybijały rytm na blacie długiego stołu.

– Wedle prawa Thornu, Bruno, twój wilk sprowadza niebezpieczeństwo na nas wszystkich. To już nie jest dziewiętnasty wiek. Ludzie mają naukę, testy DNA i badania kryminalistyczne, które wyjawią sekret zabójcy. I co wtedy? – dodałam.

– Skalibrują maszyny pewni, że to pomyłka. – Jego pycha była nieznośna.

– Jasne, aż któryś z naukowców uzna, że tak nie jest. Ten dupek nie może szaleć po mieście i mordować tylko dlatego, że nie może utrzymać ptaka w portkach. Poza tym ostatnia z ofiar była obywatelką Thornu, to trochę zmienia postać rzeczy, co?

– Widać była za słaba, by się obronić. Wiesz, Darwin i te sprawy – kpił sobie w żywe oczy.

– A skąd podejrzenie, że to właśnie wilki są na szczycie łańcucha pokarmowego, Bruno? Znam istoty, które jedzą takich jak ty na śniadanie, chcesz to sprawdzić na własnej skórze?

Z trudem powstrzymywałam chęć warknięcia na niego, uderzenia dłonią w stół czy kopnięcia w zadufany wilczy tyłek. Ale Bruno był członkiem Starszyzny, a ja smarkatą wiedźmą, z którą od początku było zbyt wiele zamieszania. Byłabym szczęśliwsza, gdyby Katarzyna stanęła po mojej stronie, ale ona tylko słuchała i wystukiwała ten przeklęty rytm.

– Prędzej ty na swojej przekonasz się, że z wilkami nie ma co zadzierać – uśmiechnął się złośliwie szczerząc na mnie kły.

– Twój wybór – mruknęłam.

Odwróciłam się w stronę głowy mojego sabatu, która wciąż udawała, że to spotkanie nie ma charakteru urzędowego, a ona siedzi sobie tu po prostu i popija herbatkę.

– Katarzyno, oficjalnie składam zażalenie na Brunona. Jeśli dalej będziecie ignorować tę sprawę, pójdę wyżej. Nadstawiałam dla was wszystkich głowę nie raz, ale nie tym razem. Ten facet będzie gnił w więzieniu albo dwa metry pod ziemią, nic innego mnie nie satysfakcjonuje.

Wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Jeszcze chwilę opierałam się o nie, oddychając ciężko. Może nie powinnam spodziewać się po tym dupku zbyt wiele, a jednak zawsze znajdował sposób na to, by dowieść, że jest większym durniem niż sądziłam. A milczenie Katarzyny było jak cios w plecy. Czy naprawdę mają w dupie, że jakiś koleś biega po mieście i morduje młode kobiety? Czy gdyby wybierał zarozumiałych samców alfa, Bruno byłby nieco bardziej przejęty? I co takiego ma na Katarzynę, że trzyma ją z daleka od sprawy?

– Dora, powinnaś coś zobaczyć… – szepnęła Jemioła dotykając mojego ramienia.

Nawet nie zauważyłam, kiedy podeszła. Zaprowadziła mnie z powrotem do Sanktuarium, do Brenny. Po pół godzinie z uzdrowicielką, dziewczyna wyglądała już nieco lepiej, z trudem uśmiechnęła się do mnie, naciągając skaleczoną wargę. Jemioła łagodnie odwróciła jej głowę i uniosła włosy z karku. Między jasnymi pasmami czerwienił się ślad po wyrwanej kępce. Poniżej biegła czerwona pręga w poprzek gardła, z wyraźnym śladem węzła pod prawym uchem. Praworęczny.

Rana na głowie zaniepokoiła mnie. Westchnęłam ciężko podejrzewając najgorsze. Jeśli pozostałe ofiary też miały takie ślady, zbierał trofea, a to znaczyło, że nie był to zwykły gwałciciel. Trofea zbierają seryjni zabójcy, to nie jest coś, co robisz pod wpływem impulsu. Potrzebuje pamiątek po każdej z ofiar, by móc od nowa przeżywać zabójstwo, delektować się własną siłą.

– Wybacz, ale muszę zadać ci kilka pytać, dobrze? – zwróciłam się do dziewczyny najłagodniej jak potrafiłam.

– Tak, jeśli dzięki temu go złapiesz.

– Powiedz mi co pamiętasz.

Spojrzała na mnie z takim bólem w oczach, że zagryzłam wargi. Chciałabym móc wymazać z jej pamięci wszystko, co dotyczyło gwałtu i napaści. Po chwili nabrała powietrza w płuca i powoli, rzeczowo zaczęła opowiadać, całkiem jakby referowała mi film lub coś co wydarzyło się komuś innemu.

– Zaszedł mnie od tyłu, uderzył w głowę i zaczął ciągnąć w krzaki. Przewrócił mnie na brzuch, podarł moją sukienkę i bieliznę, bił mnie pięściami, kopał. Później… – uciekła spojrzeniem za okno, ale nie przestała mówić – gwałcił mnie i zarzucił mi na szyję pętlę, zaciskał ją i puszczał, gdy zaczynałam rzęzić, jakby chciał przedłużać wszystko. Myślałam, że nigdy nie skończy. Cały czas wygadywał różne świństwa do mojego ucha, pytał, czy podoba mi się najlepsze rżnięcie w moim życiu. Szarpał mnie za włosy ciesząc się z tego, że są takie długie i miękkie, powiedział, że idealnie się nadają, nie wiem do czego. Wpychał mi palce do ust i do gardła, bałam się, że chce mi wyrwać język. Nie widziałam jego twarzy, cały czas był za mną, ale zapamiętałam pierścień, którym pokaleczył mi wargi, to był wąż opleciony wokół kciuka kilka razy, wyglądał na srebrny, ale to przecież niemożliwe. – Zamilkła na chwilę i wciąż wpatrzona w okno przeżywała jeszcze raz to, co ją spotkało ledwie kilka godzin wcześniej. Pokręciła głową.- Ten skurwiel się śmiał. Po tym, jak mnie zgwałcił, śmiał się, jakby to był jakiś żart. Zacisnął pętlę jeszcze mocniej i przytrzymał co najmniej pięć minut. Myślał, że nie żyję, kopnął mnie kilka razy, jakby chciał się upewnić. Nie żyłabym, gdyby nie skrzela. Udawałam trupa a on… obsikał drzewo, pod którym leżałam, chwilę stał nade mną i odszedł, jakby nic się nie stało.

Choć mówiła spokojnie, łzy ciekły jej po policzkach. W oczach czaiła się pustka. Jemioła objęła ją ramieniem i koiła jej smutek.

– Nie byłam pierwsza, prawda? – Brenna uniosła głowę.

– Nie. Cztery inne nie żyją. Nie miały skrzeli, były zwykłymi kobietami.

Skinęła głową.

– Więc powinnam się cieszyć, że żyję.

Trudno jej jednak było wykrzesać z siebie tę radość. Miałam nadzieję, że kiedyś znów będzie w stanie się cieszyć czymkolwiek, ale nie dziś.

*

Dochodziła siódma rano, gdy po nieprzespanej nocy zaparkowałam przed komendą. Biuro mojego oddziału, zwanego Zwierzyńcem lub przytułkiem dla wyrzutków, znajdowało się na drugim piętrze i świeciło pustkami. Zając i Nowakowski odsypiali nocną zmianę, Witkacy, mój partner, pewnie odsypiał swoje specyficzne eksperymenty z używkami. Rozłożyłam na biurku teczki z aktami wszystkich dziewcząt, zastanawiając się, czy zobaczę w nich coś więcej, gdy już wiem, że napastnik jest wilkiem.

Dotąd nie zlokalizowaliśmy miejsc zbrodni, morderca podrzucał ciała do parku. Tym razem zaatakował i zostawił ofiarę na miejscu. Nie wiedziałam, czy tylko skorzystał z okazji, czy robił się niedbały. Cztery młode kobiety, dwie studentki, licealistka i kasjerka z nocnego sklepu. Zniknęły z ulicy. Żadnych świadków. Nic dziwnego, jako wilk wiedziałby, czy ktoś jest w pobliżu, mógł poczekać. Ze zdjęć patrzyły na mnie ładne, drobne blondynki. Wyglądały jak siostry. Brenna pasowała do tego profilu idealnie.

Co mi umyka? Zebrałam akta i zadzwoniłam do kostnicy, Bogna zwykle zaczynała pracę tuż po szóstej.

– Cześć, tu Dora, mogę zajrzeć?

– Wpadnij, tu cisza i spokój.

Kostnica znajdowała się w budynku przylegającym do komendy. Nie lubiłam tam chodzić. Zbyt wiele wrażeń, zbyt wiele bólu, które wyłapywałam mimo osłon. To, że byłam wiedźmą czasami ułatwiało mi policyjną robotę. Potrafiłam wyczuć na miejscu zbrodni rzeczy, które umknęłyby zwykłym ludziom. Miało też szereg wad. Gniew i cierpienie ofiar, a czasem ślady emocji zabójców przylepiały się jak zaklęcia, wplątywały w moją aurę i zatruwały mnie. Po każdej wizycie na miejscu zbrodni musiałam szorować się peelingiem z soli morskiej, by usunąć te ślady. Kostnica była jak puszka Pandory, najgorsze co przytrafiało się ludziom zgromadzone w zamkniętych ścianach chłodni i pomieszczeń sekcyjnych. Nie wytrzymywałam tego zbyt długo, ale nie miałam wyjścia. Musiałam sprawdzić kilka rzeczy.

Bogna była kobietą tuż po czterdziestce, niewysoka, szczupła z krótkimi, ciemnymi włosami wyglądała na sporo mniej. Przywitała mnie w progu swojego królestwa. Jasnozielony fartuch i rękawice mówiły mi dokładnie w czym jej przeszkodziłam.

– Kogo chcesz zobaczyć?

– Ofiary gwałtów.

– Mam wciąż ciała dwóch, dwie pierwsze odebrały już rodziny. Czego szukasz?

– Mam teorię… Dziś w nocy zaatakował kolejny raz, dziewczyna przeżyła. Sądzę, że on może zbierać trofea.

Nie powiedziała nic. Obie wiedziałyśmy co to mogło oznaczać.

– Jakie?

– Kępki włosów, zauważyłaś coś takiego w czasie sekcji? Wyrwane lub odcięte.

Skinęła głową.

– Tak, wpisałam to do rozszerzonego raportu, który dostaniesz dziś lub jutro. Wyrwane, wraz z fragmentem skóry, zawsze z tyłu głowy, powtarzalny rozmiar ubytku, około dwa centymetry przekroju.

Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Brenna wyjaśniła mi też jedną z zagadek, nad którą głowiła się Bogna.

– Nie dusił ich, jak podejrzewałyśmy, po gwałcie, ale w trakcie, zaciskał i luzował pętlę. Przedłużał ich cierpienie.

– Cholera, myślałam, że tych kilka nakładających się śladów znaczyło, że walczyły…

– Czy znalazłaś na nich ślady moczu?

Przymknęła oczy i potarła skroń dłonią w lateksowej rękawiczce.

– Nie mam wszystkich wyników, wiesz jak jest z naszym laboratorium, to nie CSI, nie mamy wydruków od ręki, ale posłałam kilka śladów biologicznych. Myślę, że możesz mieć rację i prócz śliny był też mocz. Zero spermy, za to ślady środka plemnikobójczego.

– Masz jeszcze ich rzeczy, czy są już w magazynie dowodów?

– Są u mnie, w biurze.

– Chcę je obejrzeć.

Wprowadziła mnie do niewielkiego pokoju z rzędem biurek zawalonych dokumentami. Cztery kartony z rzeczami kobiet zajmowały jeden z blatów.

– Masz rękawiczki? – spytała.

– Nie.

Westchnęła i poszła do sali sekcyjnej po paczkę lateksowych. Miałam nie więcej niż dwie minuty, by zrobić, co do mnie należało. Nie powinna tego widzieć, nie umiałabym jej wyjaśnić, co robię. Dopóki sądziłam, że napastnik jest zwykłym facetem, nie było sensu wąchać ubrań kobiet, teraz… Wyciągnęłam poszarpaną bluzę jednej ze studentek. Pod kwaśnym zapachem krwi i adrenaliny wciąż wyczuwalna była lekka woń wilka. Wciągnęłam ją zastanawiając się, czy spotkałam go już kiedyś na swojej drodze. Brenna miała rację, testosteron i butwiejące liście. Myliła się jednak mówiąc, że tak pachnie każdy wilk. Miałam wystarczająco dobry węch, by ich rozróżniać. Jeśli go spotkam, będę wiedziała, że to on.

– Nie powinnaś dotykać dowodów bez rękawiczek – cichy i spokojny głos Bogny dobiegał zza moich pleców.

– Przepraszam.

– Nie musisz, jeśli to pomoże ci złapać tego kolesia – patrzyła mi prosto w oczy, jakby znała mój sekret. – Nie wiem jak to robisz, ale wiem, że czasem dostrzegasz coś, czego nie widzi nikt inny. I cieszę się, że zabrałaś sprawę Zającowi i Nowakowskiemu.

– Nie zabrałam. Jeszcze nie – uśmiechnęłam się krzywo. – Po prostu dziewczyna nie chciała z nimi rozmawiać.

– Mądry wybór – poklepała mnie po ramieniu i wręczyła parę rękawiczek. – Zadzwonię do ciebie, jeśli znajdę coś więcej.

– Sprawdź dokładnie ich usta, ostatnia ofiara mówiła mi o pierścieniu i o tym, że wpychał jej palce do gardła, może zostawił jakieś ślady.

– Sprawdzę, dzięki.

Nie miałam dość sił, by iść do chłodni i oglądać raz jeszcze ciała tych kobiet. Na razie miałam wystarczająco wiele tropów. Pożegnałam się z Bogną i wyszłam.

Poranek był ciepły i słoneczny. Dzieciaki z tornistrami wędrowały do szkół, dorośli spieszyli się do pracy. Życie kwitło kilka metrów od królestwa śmierci. Łagodny wiatr niósł zapach świeżo skoszonej trawy, ciche buczenie kosiarki dobiegało z małego parku po drugiej stronie ulicy. Powinnam iść do domu, przebrać się i umyć. Wciąż miałam pod bluzą górę od piżamy i rozczochrane snem włosy. Komórka zabrzęczała natarczywie, na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko Czarny. Kąpiel może poczekać. Moja szefowa nie.

– Dora, wejdź do mnie, musimy porozmawiać.

– Jasne.

Nie pytałam skąd wie, że jestem w pobliżu. Ona po prostu miała swoje sposoby, by pilnować trzódki, nie bez powodu nazywano ją treserką dzikich zwierząt. Ja byłam jedną z bestii nad którymi miała całkowitą kontrolę. Wbiegłam po schodach na drugie piętro. Komisariat wciąż był cichym i spokojnym miejsce, choć na parkingu było już kilkanaście samochodów.

Anita Czarny przed ósmą rano wyglądała tak nieskazitelnie, jak zawsze. Była jedną z tych kobiet, które są pułapką – wyglądają słodko i niewinnie, a potem bezlitośnie kopią ci tyłek. Czarne włosy układały się miękką falą nad czołem, oczy lśniły ciemnym brązem gorzkiej czekolady, a gdy się uśmiechała robił jej się dołeczek na prawym policzku. Ale na uśmiech trzeba było sobie solidnie zapracować. Żałowałam, że nie ma ze mną Witkaca, on jeden zmiękczał ją nieco, rozbrajał melancholią otaczającą go jak zapach perfum. Poza nim Anita Czarny nie miała słabości.

– Nowakowski się na ciebie skarżył – rzuciła na przywitanie.

– To ja się poskarżę na niego, nie chciał uszanować tego, że ofiara brutalnego gwałtu jest w szoku i chce rozmawiać tylko z kobietą. Gdyby nie Zając, wparowałby do sali i próbował wymusić zeznania. Wspomniał o tym, kiedy się na mnie skarżył, czy mu umknęło?

Skrzywiła się lekko.

– Ale mam nadzieję, że nie klepałaś jej tylko po rączce i wiesz już kogo szukamy?

– Wiem tyle ile zapamiętała, niewiele, nie widziała go.

– Nie dała się zbadać.

– Pokazała mi obrażenia, a wymaz był bezcelowy. Powiedziała mi dokładnie co jej zrobił. Nie mamy prawa zmuszać jej do tego, by kolejny raz przeżyła inwazję na własne ciało.

Pokiwała głową, niezbyt zadowolona.

– Żywa ofiara zmienia postać rzeczy, Dora. Chcę, żebyście z Witkacym przejęli tą sprawę. Nowakowski nie nadaje się do rozmów z kobietami.

– Nie nadaje się do rozmów jako takich – mruknęłam cicho, ale i tak mnie usłyszała.

– Nie chcę powtórki z waszych awantur.

– Nigdy się z nim nie awanturowałam.

– Dora, złamałaś mu rękę.

– Obmacywał mnie. Wiele razy. Miarka się przebrała. Ale nauczył się czegoś.

– Tak?

– Od tamtej pory nie muszę osłaniać tyłów przechodząc obok niego.

– Ciesz się, że nie wniósł pozwu.

– Też mogłam go pozwać. O molestowanie. Nie byłabym pierwsza, prawda?

Tajemnicą poliszynela było to, że Nowakowski trafił do Zwierzyńca właśnie przez takie skargi. I to, że pije. Ale z jakiś powodów panom na górze nie przeszkadzało to na tyle, by go zwolnić. Witać pijak erotoman wpasowywał się w ich wyobrażenie o policjancie lepiej niż kobieta o nieco wybuchowym temperamencie (to ja, rzecz jasna), mężczyzna o irracjonalnej potrzebie wypróbowania na sobie wszystkich substancji psychodelicznych jakie zna ludzkość (Witkacy) czy maniakalno-depresyjny miłośnik broni palnej (Zając), bo z naszej czwórki tylko Nowakowski jakoś nie obawiał się zwolnienia. O ile zbierałabym podpisy przeciw zwolnieniu Witkaca czy Zająca (o sobie nie wspominając), o tyle Nowakowskiego spuściłabym ze schodów w oka mgnieniu.

– Powtarzam, bez awantur – gdy mówiła tym tonem przypominała mi moją matkę, choć jej nigdy nie bałam się tak, jak Anity.

– Jasne.

– Zabieraj się do roboty. I zrób coś z sobą, wyglądasz jak lump.

– Jeszcze nie byłam w domu, Zając zadzwonił o trzeciej rano – wydukałam, jak wywołana do tablicy pięcioklasistka.

Spojrzała na mnie spod lekko uniesionych brwi. Wymowa była jasna – ona byłaby schludna i profesjonalna nawet o trzeciej rano. I na pewno nie założyłaby swetra na piżamę. Wepchnęłam wystający róg koszulki w kolorowe groszki w spodnie i wymknęłam się z gabinetu.

Witkacego nie było przy biurku. Szłam o zakład, że śpi. To nawet lepiej. Dziś miałam zamiar poszperać i popytać w Thornie, a tam nie mogłam go zabrać. Zadzwoniłam do niego i nagrałam mu się na pocztę głosową, oficjalnie miał być cały dzień ze mną, nieoficjalnie, miał wolne i mógł dochodzić do siebie po kolejnych eksperymentach ze świadomością. Chroniliśmy sobie tyłki nawzajem. Był przyjacielem. I miał bardziej popaprane życie niż ja, a to już coś. Wiedziałam, że gdy go poproszę, by dał mi trochę przestrzeni, zrobi to, bo liczył, że w analogicznej sytuacji dostanie to samo. Plus żadnych pytań.

Godzinę później, wykąpana, ubrana w dżinsy, sweter i skórzaną kurtkę (bez piżamy pod spodem) i po dużym kubku kawy, byłam w Thornie. Odruchowo pierwsze kroki skierowałam do ulubionej knajpy, Szatańskiego Pierwiosnka. Pomijając to, że mieli tu dobre drinki, świetną muzykę i doborowe towarzystwo, właściciel, wielki i twardy jak skała czart, mający do mnie pewną słabość, był najlepszym informatorem, jakiego można sobie było wyobrazić. Nawet jeśli czegoś nie wiedział, znał takich, co wiedzieli i potrafił ich nakłonić do zwierzeń.

Leon powitał mnie wylewnie, niczym Vito Corleone nadstawiając policzek do pocałunku i musiałam stawać na palce, by sięgnąć. Mam metr osiemdziesiąt, więc nie zdarza mi się to zbyt często, ale przy nim byłam pchełką. Przewyższał mnie o pół metra i ważył pewnie dwa razy tyle co ja. Gdy obejmował mnie, ginęłam całkiem w wielkich ramionach, z nosem[wielkie ramiona z nosem – nonono:);)] wciśniętym w potężną klatę.

– No malutka, nie często widuję cię tu z rana, masz urlop, czy może cię wylali?

– Nie, jeszcze nie, nawet mnie nie zawiesili – uśmiechnęłam się do niego promiennie – właściwie jestem w pracy.

– Ach, a ja jestem twoim bezpłatnym informatorem, co? – mrugnął filuternie i wyszczerzył swoje ostre jak u rybki zęby, co sprawiło, że jego grubo ciosana ale miła dla oka twarz stawała się agresywna i niepokojąca.

– Tak jakby, choć mogę zapłacić, mam – wyciągnęłam z kieszeni drobniaki i przeliczyłam – cztery złote osiemdziesiąt dwa grosze i plastikowy żeton do wózka w supermarkecie, pasuje?

– Jasne, wystarczy żeton. Więc, czego ci trzeba?

– Wilka, o bardzo złych zwyczajach godowych, takich zgwałcić i zabić.

– Dobrze, że nie zjada na końcu.

Skrzywiłam się lekko. Tak, Leon uświadomił mi, że mogło być gorzej, zwłaszcza dla Brenny.

– Pytałaś Brunona?

– Pomocny jak węgiel na zaparcia.

– Popytam. Wiesz o nim coś więcej?

Opisałam pierścień tak, jak zapamiętała go elfka i wspomniałam o zapachu. Leon się skrzywił, podobnie jak dziewczyna nie miał wystarczająco rozwiniętego węchu, by móc rozpoznawać wilki po zapachu.

– Wilk to wilk, skarbie, po deszczu każdy śmierdzi mokrym psem.

Zastanowiłam się chwilę i nagle uderzyła mnie jedna myśl.

– Leon, tak sobie myślę… Gdybym była wilkiem, który lubi perwersję i przemoc, to raczej nie uskuteczniałabym tego ze swoją narzeczoną, nie? Zwłaszcza jeśli lubię dusić… Więc chyba dziwki, co?

Drgnął nieco zaskoczony. Cóż, rozmowa o seksualnych perwersjach raczej nie pasowała do naszych standardowych relacji cierpliwy ojciec – niesforna córka, ale na Leona można było liczyć. Pozbierał się błyskawicznie i rozważył problem dogłębnie.

– I to nie każde… Masz rację, nie mógł iść do wampirzyc, bo one zadają ból, nie przyjmują, nie mógł iść do wiedźm, bo te nie lubią przemocy, zostają sukuby i demonice… Z nich te ostatnie są twardsze i dużo łatwiej znaleźć jakąś miłośniczkę sado-maso czy BDSM…

Nie dopytywałam skąd u niego tak wnikliwa znajomość miejscowego rynku usług erotycznych. Nie chciałam wiedzieć. Chciałam nadal patrzeć na niego jak na nieskalaną figurę ojca.

– A typ urody? Gdybym lubiła małe blondynki? – dopytywałam.

– To jednak sukuby… Jak żyję nie widziałem małej blond demonicy, chyba że byłaby to iluzja.

– Ale iluzji raczej nie przyłożysz, siniaka nie nabijesz, nie poddusisz…

– Podejrzanie łatwo to chwytasz, skarbie – uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu. – Może zabierzesz na tę wycieczkę Mirona? Wolałbym, byś nie szwendała się po przybytkach rozpusty sama.

– Dobrze, tato – zachichotałam.

Leon był kochany i faktycznie czasem trząsł się nade mną jak przewrażliwiony ojciec. I był w tym bardziej przekonujący, niż ten z którego lędźwi powstałam. Gdybym mogła wybierać…

– Mówię poważnie, zresztą, jego znajomości mogą otworzyć ci niejedne drzwi w dzielnicy czerwonych latarni.

– Nie chcę o tym wiedzieć, Leon, jesteśmy przyjaciółmi, jego sprawa co robi w wolnym czasie – skrzywiłam się.

Nie z niesmaku, a z lekkiej zazdrości. Ja i Miron, długa historia i nie na teraz. Ale Leon miał rację, skoro nie mogłam tu przyprowadzić Witkacego, Miron najlepiej nadawał się na mojego partnera. Byłam szalona ale nie głupia i wolałam mieć ze sobą kogoś, kto w razie czego będzie zabezpieczał tyły.

– Zadzwonię po niego, pewnie ciągle śpi – zaoferował się czart, któremu naprawdę zależało, bym nie szła bez wsparcia.

– Jeśli będzie klął, pamiętaj, że nim nie wypije pierwszej kawy nie odpowiada za swoje słowa i czyny – uprzedziłam.

Obudziłam mojego diabła kilka razy telefonami. Na te kilka minut nim nie oprzytomniał zapominał, że jesteśmy przyjaciółmi i, że uważa, iż świat beze mnie byłby nudny.

Leon zaśmiał się tylko i nie był to miły śmiech. Spodziewam się, że nawet półprzytomny diabeł nie zbluzga czarciego generała w stanie spoczynku. A przynajmniej nie pozostanie bezkarny.

*

– Hej, Słonko, słyszałem, że potrzebujesz eskorty na wycieczkę po domach rozpusty? – Miron uśmiechał się kusząco, opadając na krzesło, stojące przede mną w Szatańskim Pierwiosnku. Wciąż lekko zaspany, niezmiennie przystojny ze swoją aurą diabelskiego książątka, wnuka Lucyfera i niegrzecznego chłopca.

– Jasne, a któż nadawałby się lepiej niż ty, diable wcielony?

– Cały ja – zaśmiał się. – Masz jakieś szczególne powody, czy po prostu znudził ci się nudny i bezbarwny seks ze śmiertelnikami?

– Och, jasne, wpadam tam na korepetycje z perwersji i sukubich umiejętności – skrzywiłam się – a poważnie, szukam pewnego zboczonego wilka, który ma na koncie kilka martwych dziewcząt.

Skrzywił się i cień przebiegł przez jego twarz. Może i był złym chłopcem, ale nigdy nie gustował w zabawach kończących się trupem. Nic nie powiedział, ale z jego nadopiekuńczej miny wywnioskowałam, że nie jest zachwycony moim zaangażowaniem w tę sprawę. Zbyt często powtarzał mi, że jako śmiertelna wciąż wiedźma powinnam nieco bardziej na siebie uważać. Jasne. Gdy kilka razy wyciągałam jego tyłek z kłopotów, nie marudził, że moimi śmiertelnymi piąstkami i równie śmiertelnymi nóżkami skopałam kolesi, którym podpadł. Ale dzięki temu, że byliśmy przyjaciółmi a on miał u mnie mały dług, pójdzie za mną gdzie trzeba i wykorzysta swój piekielny wdzięk, by otwarły się przed nami drzwi, które dla mnie samej byłyby zamknięte.

– Wiesz, że dziewczęta nie zdradzą sekretów komuś obcemu?

– Słyszałam, Leon mnie uprzedził, ale chyba nie dotyczy to sukubów? Trzymaj łapki przy sobie i obserwuj.

Zdjęłam osłony utrzymujące moją moc w sekrecie i przywołałam magię ze strony matki. Jestem magicznym dziwadłem, wiedźmą ze sprzecznymi liniami dziedzictwa. Magię dziedziczy się po przodkach, ale ponieważ przenosi się w genach recesywnych, magicznych zawsze będzie mniej niż normalnych ludzi. Moi rodzice byli zwykłymi, regularnymi śmiertelnikami, podobnie moje rodzeństwo. Przez pięć pokoleń w mojej rodzinie nie było żadnego magicznego. Aż urodziłam się ja. Dopiero wtedy uaktywniły się niezwykłe geny recesywne. Po ojcu dostałam magię Pani Północy, magię wojowników, którą uwielbiam, bo czyni mnie silniejszą, waleczniejszą i twardszą niż wskazywałoby na to moje ludzkie ciało. Po przodkach matki odziedziczyłam znacznie bardziej kłopotliwą magię kapłanek płodności. Owszem, gwarantuje mi fajne krągłości, biust i tyłek, którym mogę zawrócić w głowie, ale wiąże się też z niedogodnościami, takimi jak idiotyczne zasady obowiązujące w społeczności wiedźm płodności – nacisk na prokreację i oczekiwanie, że przez większość życia będę bosa i w ciąży. Niedoczekanie. Izoluję się od nich na ile mogę, trzymam magię płodności pod kluczem. Nie zawsze mi się to udaje. Jako wciąż śmiertelna i młodociana wiedźma potrzebuję energii, by magia mogła działać. Najprostszym sposobem jest dla mnie czerpać ją od śmiertelników w trakcie seksu, co upodabnia mnie nieco do sukuba. Ponieważ nie chcę uzależnić od siebie żadnego śmiertelnika, ogłupić go magią płodności dość, by był moim niewolnikiem, złotą zasadą mojego życia seksualnego jest „tylko jedna noc, a potem znikam”. Cóż, utrudnia mi to nieco myślenie o sobie jako o przyzwoitej kobiecie, ale to jedyny sposób. Nie przypadkiem tak wiele sukubów przeszło na zawodowstwo. Ale ja wolę być policjantką z bujnym życiem nocnym, niż dziwką, nawet jeśli dla niektórych to tylko sofistyka.

Diabeł natychmiast zareagował na moje zdjęte osłony. Źrenice mu się rozszerzyły i zaciągnął się typowym dla magii płodności zapachem wanilii.

– Och, słonko, to jest świetne – westchnął – mam szansę namówić cię na jazdę próbną?

– Nie.

Pod tym względem byłam cholernie kategoryczna. Kochanków miałam wielu, przyjaciele to ginąca nacja. Nie zamierzałam z nim spać. Nie żeby mnie nie kusiło. Ale to by zniszczyło wszystko. Miron pokiwał tylko głową i zrobił minę skrzywdzonego szczeniaka. Zatrzasnęłam osłony.

– Czy z tym sukuby będą chętniejsze do współpracy? – zapytałam.

– Jasne, ze swoją mogą podzielić się sekretami.

Wyjaśniłam w jakim typie urody gustował wilk. Miron nie miał wątpliwości, że powinniśmy zacząć od Małej Śmierci, burdelu na granicy Otchłani, dzielnicy Thornu zamieszkałej przez piekielników, czorty, demony, diabły. Bez niego raczej nie zapędzałabym się w te rejony.

Nigdy wcześniej nie odwiedzałam demonicznego burdelu. Był dokładnie taki jak się spodziewałam. Powietrze gęste od piżma i hormonów, wanilia przesycała wszystko słodką obietnicą grzechu i przyjemności. Fasada budynku wymalowana w czerwone róże i ciernie nie zostawiała wątpliwości, wściekle różowy neon również. Przypomniałam sobie Romana, starego wampira, który droczył się ze mną kiedyś, że nawet jako śmiertelniczka mogę przeżyć dzięki niemu kilka małych śmierci, jak Francuzi nazywali orgazmy. Byłby pewnie przeszczęśliwy wiedząc, że wspominam nasze przekomarzanki stojąc w progu demonicznego burdelu. Miał poczucie humoru, doceniłby tę sytuację.

Czarnowłosa kobieta z biustem przeczącym prawom grawitacji wprowadziła nas do „biura”, czy raczej alkowy szefowej. Nie przedstawiła się, znając pełne imię demona miałabym nad nią władzę. Rozpoznała zapach magii płodności ode mnie, bardziej jednak interesował ją Miron. Spoglądała na jego niemal dwumetrowe ciało z tęsknotą, z jaką dziewczyna na diecie patrzy na ciastka czekoladowe. Byłaby gotowa złamać dietetyczny reżim, ale Miron nie prosił jej o jazdę próbną. Po chwili dołączyła do nas Rebeka, burdelmama o zabójczo seksownym ciele demona i słodkiej twarzy sukuba. Westchnęłam nieświadomie porażona jej mocą, upajającą seksualnością i obietnicą rozkoszy. Miron uszczypnął mnie w ramię, by przerwać urok. Cholera, jeszcze chwila i zaczęłabym się ślinić. Potrząsnęłam głową, odpędzając obrazy, jakie posyłała w moją stronę.

– Rebeko, przyszliśmy tylko pogawędzić. – Diabeł skłonił się uprzejmie.

– Och, Mironie, jak miło cię widzieć – uśmiechnęła się do niego promiennie i uścisnęła. Nieco zbyt entuzjastycznie jak na mój gust, choć zazdrość nie powinna wchodzić w mój repertuar odczuć wobec diabła. – Jak się ma Damian?

– Doskonale. Rodzinne życie mu służy, czwarte dziecko w drodze.

– Taka szkoda, że taki mężczyzna wkroczył na krętą drogę monogamii – załamała wdzięcznie ramiona, a jej krągły biust natychmiast wysunął się do przodu.

– Znasz Darię, nie pozwoliłaby mu nawet spojrzeć na inną kobietę.

– Tak, znam Darię – uśmiechnęła się złośliwie – moja siostrzyczka zawsze zaprzeczała swojej naturze.

– Damian nie narzeka, mój kuzyn bardzo głośno cieszy się wszystkim co od niej dostaje. To jeden z powodów, dla których od bardzo dawna nie wpadam do nich z niezapowiedzianą wizytą.

Zachichotali a ja cierpliwie czekałam aż skończą wstępne uprzejmości i przejdziemy do rzeczy. Dopiero po kilku minutach uwaga Rebeki spłynęła z diabła na mnie. Uniosła brew, jakby oceniała to co widzi. Czułam, że skanuje moją magię, smakuje ją na języku, przy okazji bez skrępowania lustruje moje ciało.

– Nieźle, mogłabym znaleźć dla ciebie klientów…

– Mam pracę, która nie wymaga rozkładania nóg, ale dziękuję za ofertę. Potrzebuję kilku informacji, Rebeko, i liczyłam, że może zechcesz się nimi podzielić.

Wyjaśniłam jej sprawę z wilkiem i martwymi dziewczynami. Nie wydawała się wstrząśnięta, ale też na chwilę zgubiła maskę obojętności. Coś mi mówiło, że nie jest całkiem zaskoczona i albo wie dokładnie kto to zrobił, albo ma swoje podejrzenia.

– To było do przewidzenia… Mo! – przywołała demonicę, która nas tu wprowadziła. – Przyprowadź Kalę.

Gdy kobieta zniknęła za drzwiami Rebeka ulokowała swoje ciało na kanapce w kuszącej pozie. Czarne, aż połyskujące granatem włosy spłynęły na czerwone obicie mebla. Każdy jej ruch obliczony był na uwodzenie, lśniące pełne usta i lekko zmrużone oczy nasuwały grzeszne myśli, perfekcyjna linia bioder i smukłych nóg podbijała moje tętno. Nie robiła tego specjalnie, taka była jej natura. Przyglądała się nam chwilę, nie umknęła jej zapewne opiekuńcza poza Mirona, który objął mnie ciasno, jakby chciał ochronić przed tym, co robi ze mną magia demonicy. Odgarnęła kosmyk włosów, opadający na policzek i powiedziała twardym, nie pasującym do przesyconej erotyzmem sylwetki głosem:

– Nie możesz powołać się ani na mnie, ani na moje dziewczyny w trakcie śledztwa, procesu czy czegokolwiek. Powiem ci, co wiem, ale tylko dlatego, że mam z nim na pieńku.

Do pokoju weszła młoda, drobna dziewczyna. Wyróżniała się niskim wzrostem, jasnymi włosami opadającymi do pasa i delikatną, niemal dziecięcą twarzyczką. To nie był typ urody zbyt często występujący wśród piekielników, gdyby była elfem nie dziwiłabym się zbytnio, ale jej magia była zdecydowanie sukubia. Była zbyt podobna do ofiar i Brenny, by mógł to być przypadek.

– Kala, pokaż proszę bliznę.

Spojrzała na Rebekę z wyrzutem, ale uniosła włosy odsłaniając delikatną szyję z poprzeczną blizną.

– Ten którego szukacie był naszym klientem, zawsze wybierał Kalę. Wszystko było dobrze, do czasu kiedy przestał mu wystarczać dość szorstki seks i zaczął szukać dodatkowych podniet. Przemoc nie jest tym, co Kala lubi, więc zaproponowałam mu inne dziewczyny, wiele z nich ma upodobanie w SM czy BDSM, ale on upierał się, że tylko Kala jest w jego typie. Obiecał, że nie zrobi jej krzywdy.

– Skłamał – powiedziałam, widząc jak dziewczyna wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

– Tak. Gdyby nie była w części demonem, nie zdołałabym jej uratować.

– Czy miał jakiś fetysz związany z włosami? Czy zabrał jakieś trofeum? – zapytałam.

– Tak – Kala odezwała się pierwszy raz – lubił to, że są jasne i długie, owijał sobie nimi nadgarstki… To przez nie upierał się przy mnie, inne dziewczyny mają ciemne lub rude włosy, jego kręciły blondynki. Tamtej nocy, gdy niemal mnie zabił, wyrwał mi sporą kępkę… chciał mnie oskalpować, tak mówił, ale nie miał noża, Mo skonfiskowała mu broń, nim wszedł do mojego pokoju, poza tym zaciskał pętlę jedną ręką…

Przymknęła oczy, jakby chciała odciąć się od wspomnień, które przywołało moje pytanie.

– Czy mówił ci do czego ich potrzebuje?

– Nie. Ale jeśli go złapiesz, jestem pewna, że będzie je miał przy sobie. Nie byłam pierwsza. Wychodząc porównywał odcień moich włosów z innym pasmem, jaśniejszym.

– Dlaczego go nie zabiłaś, za to co zrobił twojej podopiecznej? – zapytałam Rebekę, widząc jak bardzo była wzburzona choć minęło kilka miesięcy od zdarzenia.

– Jedyne co mogłam zrobić, to dać mu, nomen omen, wilczy bilet do mojego domu i innych, zaprzyjaźnionych. Jestem sukubem, nie wojownikiem – warknęła.

– Więc mamy szczęście, ja jestem jednym i drugim – powiedziałam – nie martw się Rebeko, dostanie za swoje.

– Zrób coś dla mnie, wiedźmo, niech cierpi…

– Och, masz to jak w banku – uśmiechnęłam się złośliwie. – Musisz mi tylko zdradzić kogo szukać.

Podała mi imię, a ja zatrzęsłam się ze złości.

– Czy teraz się wycofasz? – zapytała cicho Kala.

– Nie, teraz go złapię i dam mu to, na co zasłużył.

– Zabiją cię.

– Będą próbować, ale to akurat mnie nie powstrzyma.

Już na ulicy Miron złapał mnie za ramiona, odwrócił tak, że musiałam mu spojrzeć w oczy i zapytał:

– O co chodzi z tym imieniem? Dlaczego one myślą, że zrezygnujesz?

– Bruno nie chroni pierwszego lepszego dupka, ale swojego bratanka – powiedziałam krótko zaciskając zęby.

Zaklął. Sprawy się nieco skomplikowały, ale teraz gdy wiedziałam, kim jest zabójca nic nie mogło mnie zatrzymać.

*

– Dora, czemu nie odbierasz tego cholernego telefonu? – głos Anity drżał ze złości.

– Wybacz szefowo, byłam poza zasięgiem – nie skłamałam, w Thornie komórki nie działały.

– Witkacy cię szukał, a to każe mi zadać pytanie, dlaczego do cholery poszłaś w teren bez partnera?

– Miałam kilka rozmów do odbycia, z kobietami, nie chciałyby rozmawiać przy Witkacym.

– Masz coś? – gdy tylko zwietrzyła zwierzynę zapomniała, że jest na mnie zła.

– Coś mam, ale niewiele z tego trafi do raportu, moi informatorzy liczą na dyskrecję.

Przełknęła to dość łatwo. Nie byłaby naszą szefową, gdyby ceniła regulamin bardziej niż skuteczność. Tylko to chroniło wciąż nasze tyłki. Mieliśmy wyniki.

– Złap tego kolesia albo przysięgam, że zamiast Witkacego przydzielę ci Zająca, jego nie zgubisz tak łatwo.

– Szefowo, chyba nie chcesz sparować Wilka i Zająca, co? Nie daliby nam żyć – zachichotałam.

– To nie moje zmartwienie, młoda. I pilnuj się, gdybyś oberwała w jakiejś ciemnej uliczce, ja i Witkacy mielibyśmy przejebane, zrozumiano?

– Tak.

Nie, żebym miała zmienić swoje postępowanie, ale wiedziałam, że ta szorstka reprymenda na swój sposób była przejawem troski. O mnie i o Witkaca. Ale mimo wszystko, nie mogłam zabrać mojego partnera do Thornu, do demonicznego domu rozpusty…

Kilka godzin później wracałam do domu. Wędrówka po knajpach Thornu i niezobowiązujących pogawędkach z moimi informatorami upewniła mnie, że Robert, bratanek Brunona od jakiegoś czasu preferuje świat ludzi. Ciekawe czemu? Kilka życzliwszych mi osób radziło, bym się trzymała od sprawy z dala, bo Alfa nie mając syna właśnie w Roberciku widzi swojego następcę. Jasne, jakby potrzebny był u władzy jeszcze jeden seksistowski dupek z zamiłowaniem do przemocy.

Byłam tylko dwie przecznice od mojego mieszkania, kiedy zrozumiałam, że Bruno już wie o moich poszukiwaniach, a echo moich pytań o Roberta dotarło do jego wścibskich uszu. Chyba że wysłał do mnie trzy swoje wilki z sympatii. Czaili się w bramie, wypacając adrenalinę i testosteron w ciepłą, wiosenną noc. Byłam sama, z glockiem pod pachą i nożem w cholewce buta, ale to nie dawało mi wielkiej przewagi. Gdyby chociaż w magazynku znajdowały się srebrne naboje… Liczyć mogłam tylko na element zaskoczenia, więc nie przeszłam na drugą stronę ulicy, jak radził mi instynkt, ale wbiegłam w bramę niczym kamikadze na prochach i kopnęłam pierwszego, nim na dobre zorientowali się, co ich spotkało. Uderzyłam łokciem następnego, ciesząc się, że jestem wysoka – mając metr osiemdziesiąt o wiele łatwiej trafić wielkiego faceta w nos. Jeden z wilków złapał mnie od tyłu za ramiona, oparłam się o niego plecami i wykorzystałam jako podpórkę, odbijając się od ziemi, by posłać solidny kopniak w brzuch jego koledze. Koleś wciąż zaciskał na mnie łapska. Uderzyłam tyłem głowy w jego brodę. Cichy chrzęst łamanych zębów ucieszył mnie bardziej niż kwiaty na pierwszej randce. Nim krwawiący napastnik odskoczył wyciągnęłam jego nóż zza paska spodni, długi na trzydzieści centymetrów z uniesionym ostrzem i szerokim ostrzu. Wilki otrząsnęły się już z pierwszego oszołomienia. Zacieśniali krąg wokół mnie, ale nie byli już tacy pewni, że wyjdą z tego bez szwanku. Zwłaszcza ten z zakrwawioną twarzą i przetrzebionymi zębami. Pierwszy, który zmniejszył dystans odskoczył z piskiem, gdy moje kolano dosięgło jego orzeszków. To zawsze działa. Odwróciłam się tylko po to, by podciąć nogi następnemu i docisnąć piętą jego klejnoty do ziemi. W tym samym momencie ostrzem noża zatańczyłam na brzuchu ostatniego śmiałka, nie by zabić, ale by ostrzec. Wcale nie tak łatwo pozbyć się ciał w ludzkim świecie, więc wolałam, by odeszli o własnych siłach. Mały ładunek energii wysłany w ich stronę uprzedził, że nie kolan i noża powinni obawiać się w pierwszej kolejności.

– To wszystko co macie chłopcy? Jeśli tak, wracajcie grzecznie do domu lizać rany, zwłaszcza te na fiutach, kto wie, może nawet za tydzień będziecie mogli ich używać bez bólu – warknęłam. – Chyba że chcecie dokładkę, ale jak je podsmażę, regeneracja zajmie miesiące.

Nie było chętnych.

Dopiero gdy zostałam sama pozwoliłam sobie na drżenie kolan i zawroty głowy. Cholera, gdybym ich nie zaskoczyła, gdyby byli lepiej uzbrojeni i gdyby któryś z nich był Alfą, nie poszłoby mi tak łatwo. Ładunek mocy, którym ich odstraszyłam kosztował mnie sporo. Jeśli nie uzupełnię zapasów w ciągu doby, mogę zacząć dogasać. Zawlokłam nieco posiniaczony tyłek do domu. I choć wolałabym zostać, opracować plan i przygotować się na ujęcie Roberta, musiałam iść na łowy. Wykąpałam się szybko i przebrałam w mój strój na nocne wypady. Obcisłe biodrówki i bluzka eksponująca cycki, rozpuszczone włosy spływające do połowy pleców miedzianą falą. Zdawałam sobie sprawę, że magii płodności zawdzięczam atrakcyjną dla oka powłokę cielesną, a sukubia umiejętność pochłaniania energii seksualnej pozwala mi na uzupełnianie mocy, a jednak nie przepadałam za tą stroną mojej magii. Seks jest fajny, ale fajniejszy jest wtedy, gdy uprawiasz go, bo lubisz, a nie wtedy, gdy robisz to by nie dogasać. Z na tyle przypadkowymi nieznajomymi, by nie było ryzyka zauroczenia ich i uzależnienia od mojej mocy.

W Kocim Ogonie było ciemnawo i tłoczno. Podeszłam do baru rozglądając się w poszukiwaniu kandydata na bateryjkę. Nie musiałam czekać zbyt długo. Wysoki facet w modnie spranych dżinsach podszedł z uwodzicielskim uśmieszkiem na ustach. Och, z pewnością czuł się łowcą, a we mnie widział niewinną ofiarę swojego potężnego seksapilu. Niech tam, jeśli dzięki temu będzie lepiej spał. Wyglądał nieźle, był chętny, nadawał się na szybkie uzupełnienie energii. Jak zawsze otaczałam się małym zaklęciem, które sprawiało, że nie zapamięta mojej twarzy – wolałam nie ryzykować, że za dnia jako policjantka natknę się na kogoś, kto pamięta moje nocne, zdzirowate oblicze. Nie przedłużałam, gdy zaproponował mi drinka ja zaproponowałam, byśmy przeszli do rzeczy. Zamówiłam taksówkę i zabrałam go do swojego mieszkania. Tego adresu też nie będzie rano pamiętał, a wolałam być na swoim terytorium niż pętać się po cudzych lokalach.

Jak na wiedźmę płodności jestem uczciwa. Zabieram tylko tyle energii ile muszę i tylko tę, którą niejako sama wytwarzam, podniecając faceta i dając mu seks, jakiego nie zapomni. Czysta wymiana.

Mogłabym tego uniknąć tylko w jeden sposób. Powinnam przejść kilka rytuałów, które pozwoliłyby mi utrzymać wyższy poziom mocy. Ale wtedy nie mogłabym mieszkać między ludźmi, nie na stałe. Nie miałam dość silnych osłon, by ukryć w pełni naładowaną aurę, więc musiałam utrzymać niski jej poziom. Zamiast się najadać, odchodziłam od stołu po dwóch kęsach. Ale nie byłam gotowa na życie w magicznym mieście na cały etat. Może gdybym wychowała się wśród takich jak ja, ale o tym, że jestem magiczna wiedziałam dopiero od siedemnastego roku życia. Przyjęłam to z radością, bo wreszcie zrozumiałam, dlaczego pasowałam do mojej rodziny jak pięść do nosa, ale nie chciałam odrzucać wszystkiego, co poznałam żyjąc między ludźmi. Nazwijcie to strachem, ja nazywam ostrożnością. Wolę mieć wybór. Przenieść się do Thornu zawsze mogę, wrócić do Torunia po latach spędzonych wśród magicznych byłoby mi znacznie trudniej.

Po wszystkim mój dostawca energii był nieco oszołomiony – skutek obcowania z magią, więc pomogłam mu się ubrać, wezwałam taksówkę i odprawiłam do domu. Mogłam wreszcie wejść pod prysznic i odprężyć się po tym cholernym dniu.

*

Cierpliwie czekałam, aż Katarzyna raczy mnie przyjąć. Było wcześnie, we krwi miałam niedobór kofeiny, nie wspominając już o tym, że spałam raptem trzy godziny. Czekałam już dwadzieścia minut i zaczynałam się zastanawiać, czy to dlatego, że przyszłam o świcie i bez zapowiedzi, czy może jestem zdana na siebie. Co sprawiało, że znów zastanawiałam się, co Bruno ma na Katarzynę, bo nigdy dotąd nie widziałam, by trzymała się na dystans czy udawała paprotkę w sali posiedzeń Starszyzny. Czy chodziło tylko o pokrewieństwo między Brunonem z Robertem, czy o coś więcej? Zaczęłam krążyć po pomieszczeniu, adrenalina szumiała w uszach wezbraną krwią. Cała sprawa śmierdziała.

Była jeszcze Anita, której nie będę mogła wyjaśnić połowy rzeczy związanych z tą sprawą. Nie mogłam, nawet gdyby to było możliwe, przyprowadzić Roberta i powiedzieć – to ten facet. Musiałam zrobić to tak, by nikt nie wątpił w jego winę i, by nie oczekiwano, że dostarczę stertę dowodów na potwierdzenie mojej pewności, że to właśnie zły koleś. Wiedziałam, co muszę zrobić, ale potrzebowałam pomocy. Nie byłam najlepsza w proszeniu o nią, ale nie tym razem. Zbyt wiele chmur zgromadziło się nad moją rudą głową.

– Dora, co za miła niespodzianka – mimo, że prawie na pewno wyrwałam ją z łóżka wyglądała idealnie. Złote włosy spływały czystą falą za pośladki, jasna twarz nie miała odcisków od poduszki (w przeciwieństwie do mojej) a pod oczami nie widziałam choćby śladu cieni (nie to co u mnie, siny fiolet i worki, jak na ostrym kacu). Lawendowa sukienka z szyfonu furkotała wokół jej stóp, gdy podchodziła do mnie z uśmiechem.

– Cieszę się, że to mówisz, już zastanawiałam się czy nie odmówisz mi widzenia i nie poślesz do diabła – powiedziałam, ściskając wyciągnięte do mnie dłonie.

Przechyliła głowę na bok i z figlarnym uśmiechem spytała:

– Czemuż miałabym to robić? Zresztą posłanie cię do diabła nie byłoby zbyt dotkliwą karą, prawda? Nadal spotykasz się z tym nicponiem, nie bacząc na moje prośby byś nie mieszała systemów?

– Ja i Miron nie myślimy o tym jak o mieszaniu systemów. I tak, nadal się przyjaźnimy, bez szkody dla dualistycznego podziału wszechświata. Widać Pan i Bogini mają dla nas więcej wyrozumiałości niż mieszkańcy Thornu – wyjaśniłam gładko po raz tysięczny. To był już stały rytuał między nami.

– Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę? Jeśli pamięć mnie nie myli nie jesteś typem skowronka.

– Wiem, kto jest zabójcą i potrzebuję pomocy głowy mojego sabatu by doprowadzić sprawy do końca – ucięłam miłe pogwarki.

Zacisnęła wargi w wąską linię, jakbym jej zaproponowała oko traszki na przystawkę.

– Pani, nie wiem, co Bruno ma na ciebie, chyba nawet o to nie dbam, ale jesteś białą wiedźmą, nigdy nie przechodziłaś spokojnie nad złem i cierpieniem niewinnych. Czy naprawdę muszę przyjść tu ze zdjęciami z sekcji tych kobiet, byś raczyła mi pomóc? Ten wilk nadaje się do odstrzału, obie o tym wiemy. I odwracanie głowy nie uzdrowi sytuacji. Czy naprawdę chcesz, by za parę lat na tronie Brunona zasiadł ten psychopata? Ile kobiet musi zginąć? Nie tylko ludzkich, gdyby Brenna nie była selkie też by nie żyła. Podobnie Kala, śliczny sukub, który przeżył tylko dzięki domieszce demoniej krwi…

Odwróciła się ode mnie i podeszła do stołu, przy którym zasiadała jako głowa starszyzny, ramię w ramię z Brunonem.

– On cię za to zabije…

– Będzie próbował. Już próbował – dodałam – ale to niewiele zmienia, Pani, jestem policjantką, widziałam te kobiety, nie mogę udać, że mnie to nie obchodzi. Czy ty możesz?

– Nie, nie mogę.

– Nikt nie musi wiedzieć, że mi pomagasz, Pani. Ale sama nie dam rady sporządzić pieczęci, z iluzją też nie radzę sobie najlepiej, wiesz o tym, bo Juliana przesłała ci moje świadectwo ze szkolenia… Oczywiście nie skłoni mnie to do rezygnacji, po prostu będą większe szanse, że zginę a wy nadal będziecie mieć wilka psychopatę na głowie, ale nie będzie już w okolicy wiedźmy dość szalonej, by z nim walczyć.

– Zrobiłabyś to?

– Tak. Wolałabym, by wszystko poszło jak należy, bym mogła napisać całkowicie kłamliwy raport policyjny po tym jak zamknę tego wilka w więzieniu. Ale jeśli to nie możliwe, sprzątnę go i jakoś będę z tym żyć. Chyba że on sprzątnie mnie, wtedy nie będę.

– Nie chcę cię stracić, Dora, jesteś unikalna…

– Nie musisz mnie stracić, jeśli pomożesz mi wyjść z tego cało. Nie mówię, byś wybierała między mną a Brunonem, mówię, byś wybrała między tym, co jest słuszne a tym co jest chore.

– Jesteś nieznośna.

– Wiem. Więc?

– Dobrze, pomogę ci, ale to zostanie między nami, dobrze?

– Jasne, jeśli o mnie chodzi, mogę uchodzić za zdolną wiedźmę, może to utrzyma wilki z dala ode mnie.

– Nie liczyłabym na to.

– Pomarzyć dobra rzecz.

Uśmiechnęła się i zaprowadziła mnie do swoich prywatnych pokoi. Jej magia pachnie wodą, świeżą i czystą. Dwie godziny później opuszczałam jej dom wierząc, że może jednak wyjdę z tej historii w jednym kawałku. Ledwie minęłam bramę między Thornem a Toruniem rozdzwonił się mój telefon. Kilka nieodebranych połączeń i nazwisko Czarny na wyświetlaczu upewniło mnie, że być może jestem zbyt optymistyczna w ocenie swoich szans.

*

Odprawa u Anity Czarny wygląda jak przedsionek piekła. Choć z opowieści Mirona wiem, że jego dziadek nie lubuje się w zastraszaniu. Przez pół godziny ja i Witkacy kuliliśmy się w fotelach pozwalając jej krzyczeć na nas, miotać się po pokoju, uderzać wypchanymi teczkami o blat biurka, aż się uspokoiła. Słowo, gdyby nad Polskę nadciągnął huragan głosowałabym, by nazwać go imieniem mojej szefowej. Ale znosiliśmy to wiedząc, że ta agresja nie jest właściwie wymierzona w nas. Anita musiała się wyżyć, bo ktoś inny tego dnia wyżył się na niej. A gdyby ktoś inny chciał nami pomiatać stanęłaby w naszej obronie jak matka kwoka.

– Więc – westchnęła ciężko – czy mogę liczyć wreszcie na jakieś wyniki?

– Daj mi dzień, góra dwa, a będziesz go miała za kratkami, słowo – uniosłam palce jak harcerz do przysięgi.

– Ale nadal nie zamierzasz mnie wtajemniczyć w to co wiesz? – zmrużyła groźnie oczy.

Pokręciłam głową.

– Dostaniesz raport, jak zawsze.

– Nienawidzę, gdy tak robisz. Witkacy, masz jej pilnować, zrozumiałe? Nie chcę myśleć jakie piekło rozpęta się nad moją głową, gdyby coś jej się stało a ten koleś nadal byłby na wolności…

– Jasne, wczoraj to był… wypadek przy pracy, poza tym prosiła o czas wolny, nie mówiła, że idzie na zwiady.

– Nie byłam sama, miałam obstawę, nie musicie się nade mną trząść, radzę sobie! – warknęłam zirytowana, że mówią o mnie, jakby mnie tu nie było i jakbym miała pięć lat.

– Jest coś takiego jak regulamin, Dora…

– I jest coś takiego jak wyniki, Anito, czy nie dlatego mnie wzięłaś do twojego oddziału? Może mam kłopoty z przepisami, ale jestem skuteczna jak mało kto!

Nie odpowiedziała. Posłała mi swoje najgroźniejsze spojrzenie. Uśmiechnęła się do Witkaca i zakończyła audiencję. Wyszliśmy szybko, nim zmieniła zdanie i przypomniała sobie, że może jeszcze na nas pokrzyczeć.

– Wybacz, że przeze mnie ciosa ci kołki na głowie – mruknęłam do swojego partnera.

– Nie ma sprawy, przynajmniej nie wspominała nic o moich grzeszkach – uśmiechnął się blado.

– Witkacy… – zawahałam się. Musiałam mu powiedzieć choć trochę, ale wolałam go trzymać z dala od psychopatycznego wilka, magii i moich informatorów.

– Niech zgadnę, teraz zaserwujesz mi pogadankę o tym, że to nie tak, że mi nie ufasz, ale są rzeczy o których po prostu nie możesz mi powiedzieć? I jestem najlepszym partnerem, jakiego mogłaś mieć, właśnie dlatego, że uszanuję to i nie będę zadawać pytań?

– Tak jakby – zachichotałam.

– Będę tam, gdzie chcesz, bym był, mam u ciebie mały dług Ti, ale mam nadzieję, że nie będę musiał nieść wieńca na twoim pogrzebie, co?

Uściskałam go mocno. Naprawdę nie mogłam lepiej trafić.

– Hej, nie przeszkadzam? – głos Mirona był ostatnim, czego się spodziewałam. Nie lubił przebywać w realnym, ludzkim świecie, osłony ukrywające jego diabelskie pochodzenie kosztowały go sporo energii, a nawet z nimi przyciągał spojrzenie – zbyt wysoki, zbyt przystojny, by mógł przejść niezauważony.

– Nigdy nie przeszkadzasz, skarbie – w ostatniej chwili ugryzłam się w język, by nie powiedzieć „diabełku” – Coś się stało?

– Leon uznał, że może cię to zaciekawić – powiedział wręczając mi skrawek kartki z nabazgranym na niej adresem.

– Czy to jest to o czym myślę?

– Najwyraźniej. Czyż nie warto nagrodzić posłańca? – Nadstawił policzek do pocałunku. Parsknęłam śmiechem i poklepałam go czule. Ten dzień właśnie stał się odrobinę lepszy.

*

Chłód nocy wnikał pod zbyt krótką sukienkę (pożyczoną od niższej o dwadzieścia centymetrów przyjaciółki). Zaklęcie iluzji na skórze przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Iluzja nie jest jedną z tych rzeczy, które przychodzą mi łatwo i bez pomocy Katarzyny nie zdołałabym wyglądać teraz na drobną blondynkę z niebieskimi oczami. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, wilk nie rozpozna magii póki mnie nie dotknie, ale wtedy będzie dość blisko, bym mogła go unieszkodliwić. Iluzja maskowała też mój zapach, więc pachniałam dokładnie tak, jak przeciętna ludzka dziewczyna, błyszczykiem do ust, czekoladą i szalejącymi hormonami. Przechadzałam się parkową alejką nieopodal kamienicy, w której mieszkał Robert. Miron czaił się w krzakach kilkaset metrów dalej, Witkacy czekał w samochodzie na ulicy (uparł się, że musi być blisko, ale nie mogłam ryzykować, że zobaczy więcej niż powinien). Wedle informatora Leona, Robert nie powinien przepuścić takiej okazji jak drobna dwudziestoletnia blondynka przechadzająca się pod jego oknami. Raz po raz zerkałam na zegarek, jakbym czekała na kogoś, kto się spóźnia, pozostając wciąż w kręgu mętnawego światła rzucanego przez latarnię.

– Wystawił cię, maleńka? – niski głos zza moich pleców postawił mi włoski na karku.

Odwróciłam się gwałtownie. Już na pierwszy rzut oka wiedziałam, że jest wilkiem. Gdybym faktycznie miała nieco ponad półtora metra przytłaczałby mnie wzrostem i wagą. Masywny, umięśniony, w jasnych dżinsach i skórzanej kurtce wyglądał na niebezpiecznego. Miał w oczach błysk drapieżnika. Przełknęłam głośno ślinę i pozwoliłam mu uwierzyć, że jestem przestraszoną dziewczynką, którą mógłby złamać jak zapałkę. Wcisnęłam dłonie do kieszeni sukienki, pieczęć ogrzała palce, strzykawki uspokajały nerwy.

– Chyba tak – pisnęłam cieniutkim głosem – miał być dwadzieścia minut temu…

– Jego strata, mój zysk – kły błysnęły bielą gdy się uśmiechnął.

Powoli, jakby podchodził zwierzynę, zbliżał się do mnie. Z trudem zmusiłam się by stać w miejscu, a nie uciekać jak kazał mi instynkt. Jego wilcza aura napierała, powietrze wydawało się gęstnieć od zapachu testosteronu i zbutwiałych liści. Był mniej niż dwa kroki ode mnie, gdy zaatakował. Szybkim ruchem chwycił mnie za szyję i zaczął ciągnąć w zarośla, zbyt zaaferowany, by zauważyć, że ważę więcej niż te czterdzieści pięć kilogramów, na jakie wyglądałam jako blondynka. Nie opierałam się przesadnie, pozwalając mu wywlec się poza blask latarni, w ciemność. Wciąż nie rozpoznał iluzji, może był zbyt podniecony, może zbyt głupi, ale działało to na moją korzyść. Pchnął mnie na ziemię siadając okrakiem na moich placach i szarpnął za włosy. Nie czekałam dłużej, wyciągnęłam z kieszeni strzykawkę i wbiłam mu ją w udo dociskając tłoczek. Zamarł na chwilę a ja modliłam się w duchu, bym nie pomyliła strzykawek. Dopiero gdy mamrocząc usiłował się ode mnie odsunąć wiedziałam, że się udało. Niezbornie wstał, by sekundę później opaść znów na kolana i charczeć w moją stronę obelgami. Podniosłam się z ziemi i otrzepałam kolana. Zdjęłam zaklęcie iluzji i widziałam, jak jego oczy rozszerzają się z niedowierzania, gdy zamiast malutkiej blondynki zobaczył przed sobą wysoką rudą wiedźmę, wściekłą jak diabli. Znów usiłował wstać, ale środek był silny i działał szybko. Wilk stracił władzę nad kończynami i upadł ciężko na plecy. Oddychał chrapliwie, a ślina spływała mu z kącika ust. Przyklęknęłam dociskając go kolanem, szarpnęłam za koszulę aż guziki odskoczyły na wszystkie strony.

– Jakie to uczucie, króliczku, nieoczekiwana zmiana miejsc? – wymruczałam mu do ucha.

– Znajdę cię, zabiję – wychrypiał. – Nie wiesz z kim zadarłaś…

– Jasne, już się boję. Możesz ruszyć choćby paluszkiem? – Wyprężył się bezsilnie. – Tak myślałam, jesteś na mojej łasce, króliczku.

W bladej poświacie księżyca jego klatka piersiowa połyskiwała jasnym złotem. Wyciągnęłam drugą strzykawkę, wbiłam igłę pod mostek i docisnęłam tłoczek, nie zważając na jego wściekłe wycie. O tak, wiedziałam, że go to boli. Wilki nie lubią srebra, a koloidowe srebro zaaplikowane tak, jak właśnie to zrobiłam, było torturą. Nie martwiłam się, że cierpi, choć nie było to moim głównym celem. Czas na ostatni etap. Pieczęć była wykonana ze srebra, krążek o średnicy piętnastu centymetrów pokrywały gęsto runy i symbole. Miałam nadzieję, że zadziała. To jedna z tych zabawek, którym nie sposób urządzić jazdy próbnej. Wymawiałam zaklęcia aktywizujące, czując jak nagrzewa się w mojej dłoni, była niemal zbyt gorąca, bym mogła ją utrzymać. Docisnęłam ją go piersi wilka. Jego wrzask zagłuszył syk przypalanej skóry. Trzymałam pieczęć aż wystygła, choć dłoń pokryły mi pęcherze, a ból rozlewał się po ręce aż do nadgarstka. Pociemniały, wypalony krążek schowałam do kieszeni, a na świeżą ranę wilka zaaplikowałam kolejną dawkę srebra, by zostały blizny. Dopiero teraz go skułam i usiadłam obok. Oddychałam ciężko, a dłoń paliła żywym ogniem. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęło kropić, teraz deszcz przybrał nieco na sile, przyklejając sukienkę do mojej skóry. Wystawiłam dłoń, woda chłodziła poparzenie. Westchnęłam. Leon miał rację, po deszczu wszystkie wilki pachną mokrym psem.

– Załatwiony? – Diabeł wyłonił się przede mną z ciemności.

– Jasne, miło, że mi pomogłeś.

– Nie wyglądałaś na kogoś, kto potrzebuje pomocy – uśmiechnął się szeroko – jak dla mnie świetnie sobie dałaś radę.

– Dzięki.

Właściwie, gdyby próbował mi pomóc, pewnie dałabym mu po głowie za to, że nie traktuje mnie poważnie. Wystarczyło, że był w pobliżu i gdyby sprawy wymknęły mi się spod kontroli, pośpieszyłby na ratunek.

Zadzwoniłam po Witkaca. Teraz, gdy pieczęć i srebro poskromiły wilka nie był w stanie się zmienić, nie zagrażał już mojemu ludzkiemu partnerowi, ani mieszkankom mojego miasta, moich obu miast.

Przyklęknęłam przy wilku i obszukałam kieszenie jego kurtki. Pamiętałam wciąż słowa Kali. Znalazłam jej w wewnętrznej kieszeni, długie blond kosmyki w kilku odcieniach, splecione w makabryczny makram. Miałam przeczucie, że robił sobie z nich jakiś rodzaj biżuterii, chyba bransoletkę. Niczego więcej nie potrzebowałam, byłam pewna, że proste badanie DNA wykaże, że to włosy czterech kobiet zgwałconych i zabitych w ciągu ostatnich miesięcy w Toruniu, plus kilku innych, których DNA nie zostanie zidentyfikowane. U pasa wisiała mu pętla z cienkiej linki, jakiej używa się do wspinaczki. Była przybrudzona, więc mogłam liczyć na to, że użył jej podczas poprzednich napadów. Kolejne ślady DNA. Miałam dość, by go wsadzić. Nawet zrzędliwy prokurator nie mógł podważyć jego winy. Właśnie dlatego musiałam złapać go na gorącym uczynku – moje zeznanie mogło trafić do akt, zeznania moich informatorów nie.

Zabezpieczyłam włosy, pętlę i pierścień z jego palca w foliowych woreczkach i czekałam na Mirona i Witkacego. Z oddali dobiegał mnie sygnał radiowozu, mój partner wezwał posiłki. Jeszcze tylko sfabrykuję raport wyjaśniający skąd wiedziałam, gdzie szukać zabójcy (anonimowy cynk) i będę mogła zamknąć sprawę. Rana na piersi Roberta już się częściowo uleczyła, wyglądała jak wycięty w skórze wzór, dość podobny do modnego w pewnych kręgach oznaczania się bliznami, by nikt się nim przesadnie nie interesował. Nie zniknie i utrzyma wilka w ryzach. Teraz miał siłę zwykłego faceta, nie mógł się przemieniać, jego munin był uwięziony. Brzydkie zaklęcie, ale skuteczne. Katarzyna spisała się na medal. Byłam wyczerpana, adrenalina odpłynęła pozostawiając mnie ze ssaniem w żołądku i obolałymi mięśniami.

*

Robert trafił do aresztu i czekał na proces. W jego mieszkaniu technicy zabezpieczyli całą masę śladów, które miały pomóc w przyskrzynieniu jego tyłka na dobre. Anita wrzeszczała na mnie tylko kwadrans, nim pochwaliła mnie za dobrze wykonaną robotę. Nie zadawała zbyt wielu pytań.

Zając i Nowakowski przez tydzień żartowali sobie z tego, że potrzebny był gwałciciel-morderca, by mogli zobaczyć mnie w sukience (fotki trafiły do akt, moje podrapane kolana i posiniaczone ramiona były zaklasyfikowane jako rany defensywne, świadczące wyraźnie, że zostałam zaatakowana nim użyłam przemocy wobec napastnika – kiedy wsadzaliśmy go do radiowozu wciąż był półprzytomny). Zaliczyłam kilka poklepywanek po plecach i uścisków ręki i na chwilę przestałam być dziwadłem, od którego porządni policjanci woleli się trzymać z daleka.

W ciągu tygodnia od aresztowania Roberta, wilki Brunona trzykrotnie usiłowały mnie dopaść. Byłam przygotowana, w magazynku glocka miałam srebrne kule, srebrny nóż i strzykawki z koloidowym srebrem w kieszeni. Ataki ustały dopiero, gdy rozeszło się co dokładnie zrobiłam Robertowi, który prawdopodobnie nigdy już nie będzie mógł się zmienić. Wilki były posłuszne Brunonowi ale wolały nie tracić wilczej skóry tylko dlatego, że bratanek Alfy miał chore fantazje seksualne. Między mną i Alfą było zbyt dużo złej krwi, by mogło się to rozejść po kościach, ale przynajmniej na razie miałam trochę spokoju.

W sam raz, by iść do Szatańskiego Pierwiosnka, zamówić smoka, czyli wódkę z sokiem z kaktusa i limonki i cieszyć się towarzystwem mojego piekielnego przyjaciela, dobrą muzyką płynącą z głośników i świadomością dobrze wykonanej roboty. Dziewczyna nie potrzebuje wiele więcej do szczęścia, przynajmniej taka dziewczyna jak ja.

 

 

  5 Responses to “Aneta Jadowska – Po deszczu każdy wilk śmierdzi mokrym psem”

  1. Zajebiaszcze opowiadanie! Bardzo fajnie się czyta o zmaganiach Dory w obydwu światach – prowadzi śledztwo w normalnym, ale wie, że sprawa powiązana jest z magicznymi. A teraz tygryski czekają na więcej :):)

  2. Zgadzam się. Zajebiaszcze. Zachęciło mnie do ponownego sięgnięcia po książkę. A tygryski czekają na książkę, bo takie książki „to jest to co tygrysy lubią najbardziej” :-)

  3. Będzie więcej diablęta lokalne, będzie więcej… Wkrótce opowiadanie, które rozgrywać się będzie wokoło Katii.

  4. o Katii już są 2 opowiadania, niedługo 1 z nich będzie na Farenheicie, a potem tu. W 2 tomie jest uroczy rozdział Katiowy 😉 Ale wiecie, w zamęcie walki z bogami niełatwo znaleźć czas na plotki z BGF, muszą starczyć BBF 😉 (skróty pozyskane od 10 letniej siostrzenicy ;))

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>