Aneta Jadowska – Czy mama nie mówiła, byś nie bawił się umarłymi?

 

Opluł ją, co przeważyło szalę błyskawicznie. Mogła mu nawet współczuć jeszcze chwilę temu, ale było minęło. Ślina zombiaków była gęsta, wyjątkowo lepka i za cholerę nie udawało jej się doprać. Lubiła ten płaszczyk, do cholery!

Zacisnęła zęby i z płonącym wzrokiem ruszyła w jego kierunku. Cofał się. Nie, żeby rozumiał swój błąd. By to zrobić musiałby mieć mózg zdolny do działania, a ten już dawno zmienił się w galaretę o mało estetycznej barwie. Katia zmarszczyła nos. Po prawdzie niewiele aspektów jej pracy było estetycznie nieodrzucających. Ale cóż, nie wybrała jej, urodziła się nekromantką. I nie wybrałaby sobie tego losu, gdyby mogła decydować o genach, ale trudno. Była dobra, cholernie dobra w tym fachu. Miedziany pręcik niby różdżkę elfów wymierzyła w zombiaka i nie bez satysfakcji wyśpiewała inkantację rozbrarającą magię, która go ożywiła. W ciągu kilku sekund pozory życia opuściły pana niegdyś Damiana Kotunia, a dziś zombiaka nasłanego na jej klientkę.

– Żegnaj trupku, nie będę tęsknić – powiedziała, złośliwie unosząc brew, gdy ciało zapadło się w glebę, znikając zupełnie w ciągu kilku minut.

Z torby wyciągnęła chusteczkę nawilżoną płynem antybakteryjnym i starannie wytarła dłonie i połę płaszcza. Teoretycznie nie mogła się niczym od nich zarazić, jej geny chroniły ją przed infekcjami, ale świadomość, jak gęsto trupy są pokryte bakteriami, robalami i wszelkim świństwem nie pozwalała jej zaniedbać minimum higieny. Ostrożnie przejechała dłonią po czarnych włosach, obawiając się, że i tam dotarła flegma zombiaka. Były czyste. Chociaż tyle.

Kolejną chusteczką otarła twarz. Musi znaleźć takie nawilżane, od antybakteryjnych wysuszała jej się skóra. Jeszcze kilka lat i będzie wyglądać jak rodzynka. Jeśli ma się tak stać, trudno, nie sprzeciwi się naturze, ale byłoby miło, gdyby znalazła partnera zanim to nastąpi. Niewielu mężczyzn jest zdeklarowanymi miłośnikami rodzynek. Już i tak ciężko było znaleźć takiego, którego nie odrzucał jej fach.

Randki były koszmarem. Rzadko dochodziło do drugiej. „Czym się zajmujesz Katiu?”, „Och, jakby to ująć… robię w trupach, ożywiam, uśmiercam definitywnie to co powinno być martwe, przeprowadzam pochówki tych, co mogą powstać, ot takie tam… Hobbystycznie kopię groby, bo nie lubię trolli, które zwykle się tym zajmują dla takich jak ja. Niby trolle jak trolle, ale odrzuca mnie to, że w ramach napiwku zawsze chcą wyjadać gałki oczne moim ożywieńcom jeszcze zanim je odeślę… Więc kopię sama. A ty, czym się zajmujesz? Ach, księgowość, fascynujące, opowiedz mi o tym, zawsze ciekawiły mnie ulgi podatkowe dla drobnych przedsiębiorców, czy można odliczyć płaszczyk Zary zniszczony przez ślinę zombiaka?”.

To się nie może udać, pomyślała ze smutkiem. Normalni, śmiertelni faceci odpadali. Magiczni… ech, nekromanci mają złą sławę i większość z nich jej unika, choć na pierwszy rzut oka widać, że nie wygląda jak statystyczny nekros.

Jest ładna, nieduża, dość kształtna i nie traktuje swojego zawodu jako pasji a raczej genetyczną konieczność. Ma ciemne włosy, jak inni, ale jej cera jest świeża, lekko opalona a nie trupio zielonkawa. Nie ma trupiej gorączki, na którą zapada wielu, jeśli nie większość z jej gatunku. To znaczy, że potrafi się świetnie porozumiewać z żywymi, nie tylko z trupami. Ma przyjaciół, nie mieszka na cmentarzu, jada normalne rzeczy.

Nie wnikajmy, co jadają ci z gorączką. Limit obrzydliwości na dziś został już wyczerpany, pomyślała, odruchowo pocierając chusteczką klapę płaszczyka. A tak jej było ładnie w ceglastoczerwonym kolorze i fason wysmuklał… Kupiła go na wyprzedaży, już nie dostanie takiego. Znajdzie cholernego stwórcę tego zombiaka i wyrwie mu nogi z dupy. Wyciągnęła komórkę.

– Pani Marzeno? Tak, wszystko załatwione, definitywnie, że się tak wyrażę. Proszę nie wychodzić z domu, na wypadek, gdyby stwórca zrobił następnego zombie, zanim go znajdę. Spokojnie, zabezpieczyłam dom i otoczenie, nic pani nie grozi.

Rozłączyła się i wrzuciła telefon do torebki, starannie zapięła zamek karmelowej Balenciagi. Słabość do torebek nie znika nigdy. Ta, prócz tego, że była śliczna i potwornie droga, była też bardzo pojemna. Mieściła nie tylko portfel i dokumenty, ale opasłą księgę duchów, latarkę, zestaw magiczny, futerał z narzędziami nekromanckimi, gaz pieprzowy, nóż, kosmetyczkę, zapałki, świece, batoniki energetyczne i butelkę wody (choć w pracy rzadko miała ochotę na przekąskę), zapasowe rajstopy i mnóstwo innych rzeczy. Gdyby zastała ją poza domem apokalipsa, przetrwałaby bez problemu kilka dni.

Katia miała swoje fazy. Przez większość czasu rozumiała, że jej zawód wymaga poświęceń. Na przykład – fortuny wydawanej na zabiegi pielęgnacyjne (kopanie grobów niszczy płytkę paznokci prawie jak drapanie betonowej ściany) i unikanie szpilek do pracy (ziemia na cmentarzach zwykle jest miękka i trudno złapać w nich równowagę).

Zwykle ubierała się praktycznie. Ale miała fazy buchającego estrogenu i musiała po prostu zadbać o swoją kobiecą stronę, zanim zmieni się, jak jej zaprzyjaźniona wiedźma, w smutny obiekt noszący tylko dżinsy, skórzaną kurtkę i glany, jednym słowem – w „prawie faceta”. O nie, jako „prawie facet” musiałaby szukać partnera w barach dla gejów a i dla nich to „prawie” robiłoby różnicę.

Nie trudno się było domyśleć, widząc, jak w zgrabnych kozakach na stabilnych ale wysokich słupkach przechodzi przez cmentarną bramę, błyskając kolanem spod płaszczyka Zary (bezpowrotnie straconego), że właśnie przeżywa kumulację kobiecej fazy. Miała nawet makijaż, częściowo zmyty chusteczkami antybakteryjnymi (choć ciemna firanka rzęs nadal przyciągała wzrok… szkoda, że nie było w pobliżu nikogo, kto by to docenił).

Wrzuciła torebkę do samochodu, miedziany pręt dodała do zestawu nekromanckiego i siadła za kierownicą. Znajdzie to bydlę. Żeby na dziewczynę wysyłać zombie tylko dlatego, że przejrzała na oczy, to naprawdę płytkie i żałosne. Nie mówiąc o tym, że nieetyczne! Szła o zakład, że nie zrobił tego sam.

Niewielu nekromatów w Toruniu potrafiłoby zrobić zombiaka pluja. Były bardziej żywotne i uparte niż zwykłe. I bardziej groźne. Śmiertelniczka nie miałaby z nim szans. Na szczęście ktoś zadzwonił do Katii i mogła zaproponować kobiecie swoje usługi. Dupek, a formalnie były narzeczony pani Marzeny musiał kogoś wynająć, co zawężało krąg poszukiwań. Były dwie osoby, prócz niej, które mogłyby to zrobić. A tylko jedna z nich była szują bez sumienia i krztyny pomyślunku. Ze złością uderzyła pięścią w kierownicę i klakson zapiszczał jak nadepnięta gumowa kaczuszka.

Powinna załatwić to oficjalnie. Złożyć skargę, zawiadomić Starszyznę i doprowadzić namiestniczkę do przestępcy. Ale to cholernie dużo roboty, plus, co miało znaczenie, drań bez wątpienia wie, że zabiła jego zabawkę i szykuje następne na jej klientkę. Jeszcze kilka godzin zwłoki i będzie musiała ożywiać panią Marzenę, by mogła złożyć zeznanie przed Starszyzną. Westchnęła, wybierając szybko numer przyjaciółki, wcisnęła głośnik, bo nie lubiła prowadzić jedną ręką. Przez chwilę słyszała tylko melodyjkę czekania, aż w przestrzeni samochodu rozległ się niski, głęboki głos.

– Kochana, lepiej by to było coś bardzo ważnego.

– Doruś, jak zawsze – powiedziała słodko – potrzebuję załatwić jednego gnojka a ty masz mi pomóc z papierkami.

Przez chwilę Dora milczała, oddychając spokojnie, aż powiedziała.

– Mam nadzieję, że to żaden z twoich przelotnych chłopaków na resztę życia.

– No coś ty – prychnęła, choć w głębi duszy musiała przyznać, że pytanie nie było do końca nieuzasadnione. – Mówimy o egzekucji a nie o jakiejś złośliwej wysypce w miejscach intymnych.

Cisza już nie była spokojna, wyczuwała napięcie przyjaciółki.

– Mów.

– Barabasz ożywił zombiaka pluja i wysłał do jakiejś niewinnej kobiety, śmiertelniczki. Powstrzymałam trupa w ostatniej chwili, właśnie ululałam go na cmentarzu, ale to nie koniec.

– Czego potrzebujesz?

Jej konkretność była wzruszająca. Gdyby jeszcze potrafiła się lepiej bawić, pomyślała Katia.

– Nie mam czasu na papierki.

– Namiestniczka właśnie przyjęła skargę, papierkami się nie martw. Potrzebujesz pomocy? Pięści, noży i podkutych butów?

– Kocham twoją wersję girl power miła, ale dam sobie radę z gadem po mojemu, nawet nie zniszczę pazurków.

– Gdzie?

– Mówię, że nie musisz mi pomagać…

– Katiu, chcę popatrzeć, całe życie chciałam się nauczyć jak rozprawiać się z bandziorami bez szkody dla paznokci – kpina w jej głosie nie przysłoniła do końca jej troski.

– Dobrze pani uparta, przy cmentarzu na Żwirki i Wigury, jesteś niedaleko?

– U Witkaca, będę za jakieś 15 minut, nie zaczynaj beze mnie.

– Gdzież bym śmiała, księżniczko – parsknęła.

Rozłączyła się bez pożegnania. Była przy cmentarzu przy Grudziądzkiej, raptem półtora kilometra do cmentarza przy którym mieszkał Barabasz. Ona nie mogłaby mieszkać w tej okolicy, za dużo trupów. Miała kwadrans, dość, by zajrzeć jeszcze do klientki i upewnić, się, że wszystkie osłony działają. Niewiele rzeczy mogłoby się przez nie przedrzeć, ale strzeżonego… lepiej strzec.

Silnik małego citroena zamruczał przyjaźnie, gdy ruszyła w stronę Osiedla Józefa. Minęła kilka domów, nim zaparkowała pod domem pani Marzeny. Firanka w oknie poruszyła się gwałtownie, więc tylko pomachała klientce i upewniła się, że pieczęcie są nienaruszone i mocne. Rozejrzała się i nie widząc żadnych podejrzanych truposzy w okolicy wróciła za kierownicę.

Dora wysiadała z taksówki, kiedy podjeżdżała do parkingu naprzeciw cmentarza. Nadal nie miała prawka, beznadziejny przypadek. Katia uśmiechnęła się pod nosem z rozbawieniem. Dobrze wiedzieć, że jej przyjaciółka w czymś była naprawdę beznadziejna. Zwykle pakowała się w kłopoty i wychodziła z nich bez szwanku. Zazwyczaj wzmocniona i udoskonalona, co stało się już lokalną legendą. Twarda, prawa i nieustępliwa, magiczna jak cholera i naprawdę potężna, ale nie była w stanie opanować parkowania równoległego i traciła prawko chwilę po tym, jak je odzyskiwała.

Katia zatrzasnęła drzwiczki auta i piknęła alarmem.

Dora opierała się nonszalancko o znak stopu, spoglądając na nekromantkę z uniesioną kpiąco brwią. Przyjaciółce nie umknęło, że ma na sobie proste dżinsy, wymięty t-shirt „The Killers” (doprawdy, jej poczucie humoru…) i skórzaną kurtkę z postawioną stójką. Miała jedno z najlepszych ciał, jakie Katia znała. Mogła wyglądać jak bogini seksu gdyby tylko chciała, ale zwykle nawet nie przyszło jej na myśl, by ubrać się w coś, co nie wyglądało jak ciuchy wyciągnięte z szafy współlokatorów. Znała jej sylwetkę dość, by zauważyć kaburę pod pachą i noże na przedramionach. Ta dziewczyna była jak arsenał. Choć po prawdzie, miała sporo okazji, by używać tego sprzętu. Prywatnie i służbowo, co tylko uświadamiało Katii, że nie trzeba być nekromantką, by w kółko spotykać się z trupami.

– Kochanie, miło że wpadłaś – ucałowała ją w policzek przelotnie. Była niższa o głowę, nawet gdy miała na sobie szpilki, ale to nic dziwnego, wiedźma miała 180 cm wzrostu. – choć wiesz, że nie musiałaś.

– Spoko, nie miałam nic innego do roboty. Lekcja z Witkacym i tak już się skończyła – wzruszyła ramionami, ale błysk w oku nie zmylił Katii. Wiedziała, że gdyby Dora miała wolne już dawno byłaby w domu, ze swoim diabłem i aniołem, albo piła w ulubionym barze. A z Witkacym miała pełne ręce roboty, był jej podopiecznym, miała mu pomóc w doskonaleniu magii, tak by mógł przejść pełną inicjację a jego opór przeszedł do legendy w kręgach magicznych. Większość mentorów by się poddała, ale Dora nigdy nie poddawała się łatwo.

– Znowu to masz, kwokujesz.

– Pewnie tak – przyznała – ale wiesz, że od czasu…

– Wiem wiem – Katia starała się uśmiechnąć. Kilka miesięcy wcześniej była porwana i torturowana przez psychopatę. Dora ją znalazła, uwolniła, ocaliła i skopała tyłek draniowi. Ona i jej anioł. – Teraz nie będzie tak źle, Doruś, jedyne czego się obawiam, to papierki po wszystkim, ale czas już skończyć prywatną praktykę Barabasza.

Wiedźma przytaknęła.

– Sprawdziłam w bazie. Mam na niego skargi, wyrok mogę wydać od ręki, złożysz mi raport ekspercki i zgłoszenie popełnienia wykroczenia magicznego przeciw śmiertelnikowi. Kara jest oczywista.

– Jak miło mieć dziewczynę z władzą wśród przyjaciół – Katia uśmiechnęła się szeroko.

– Wiesz, że mogę iść po niego oficjalnie.

– Będzie się rzucał i ożywi pół cmentarza, a jeśli wyzwę go na pojedynek pieśni, rozwiążę to szybko.

– A jeśli wygra?

– To dopadniesz jego dupsko i skopiesz. Ale nie wygra – zacisnęła wargi – nawet nie wiesz, jak mnie wkurzył. I jest gówno wart. Gnijący gad, ma moc ale za grosz rozumu.

Niechętnie, ale jednak Dora skinęła głową.

– Rób jak uważasz, kryję ci tyły.

– Dzięki koteczku.

Wyciągnęła z etui miedziany pręt grubości kciuka, srebrny medalion z runami i olejek cynamonowy, którym bez pośpiechu potarła skronie i punkt między brwiami. Była chroniona przed urokami Barabasza, a domyślała się że zostawił tego syfu w cholerę.

Oddała torbę Dorze. Lepiej by jej śliczności nie doznały uszkodzeń, bo jedna śmierć byłaby za mało, by je pomścić.

Brama cmentarna zaskrzypiała. Banalny czar odstraszający dzieciaki. Zapach starej i nowszej śmierci dotarł do jej nozdrzy.

Duchy naparły na nią, ciekawe i natarczywe. Widać Barabasz nie był dobrym opiekunem nekropolii, bo miały mnóstwo niezałatwionych spraw; odpędziła je łagodnie jak namolne kocięta. Cofnęły się posłusznie.

Z tym, co wyłoniło się zza grobowca tak łatwo nie będzie. Zanuciła inkantację odwołania, zbierając w sobie moc. Masywny, szczerzący kły ghul zmierzał w jej stronę w wyraźnie złych zamiarach. Jeśli się zbliży, płaszcz na pewno będzie stracony. Katia schyliła się do mijanego nagrobka po garść cmentarnej ziemi, duch pochowanego tu mężczyzny musnął jej dłoń z irytacją. Będzie mu winna przysługę.

Wzmocniła głos, słowa pieśni umarłych miękko rozpływały się w powietrzu, pachnącym igliwiem. Ghul był już blisko, widziała jego zęby ociekające śliną i puste oczy. Do nozdrzy dotarł zapach gnijącego trupa. Cudownie. Są dni, gdy kocha swoją robotę.

Gdy był dość blisko, by miała pewność, że trafi, sypnęła w niego grobową ziemią, wyśpiewując inkantację. Zamarł. To było za mało, by się rozpadł, ale był unieruchomiony. Przeszła szybko dzielące ich dwa kroki i przytknęła miedzianą różdżkę do jego piersi.

– Śmierć do śmierci, życie żywym, porządek przywrócony, w spokoju spoczywaj – wymruczała, czując, że pręt nagrzewa się w jej palcach, a magia ożywiająca trupa i trupojada w jednym wnika w miedź w silnych wyładowaniach.

By ożywić ghula trzeba jej więcej niż na zwykłego zombiaka czy nawet pluja. Nie każdy nekromanta zdołałby wchłonąć falę powrotnej energii bez osmalenia, ale Katia nie miała z tym kłopotu. Zadrżała od adrenaliny, która wzburzyła jej krew. Przejmowanie energii upajało ją lekko. Ghul szarpał się, ale zaklęcie ziemi grobowej trzymało go w uścisku. Wchłonęła całą. Energia wokół niej skwierczała, elektryzując jej włosy. Westchnęła czując, jak przeskakuje na nią iskra życia. Ciało, znów martwe, opadło z łoskotem na ziemię. Wyciągnęła olej i skropiła nim głowę i klatkę piersiową trupa. Zanuciła inkantację matki ziemi, składając jej ofiarę z przechodzonego nieco obywatela. Wstrząs odczuła niemal natychmiast, niecierpliwe drżenie pod jej stopami, wibracje otaczające ciało i cichy trzask, gdy gleba rozstępowała się by je wchłonąć. Minutę później na ścieżce nie było śladu. Pięknie. A paznokcie wciąż bez zarzutu – uśmiechnęła się do siebie idąc do najstarszego grobowca na cmentarzu. Fale aury mówiły wyraźnie – to tam mieszkał Barabasz.

Głupiec był przekonany, że ghul zatrzyma wszystkich, którzy przyszli mu przeszkodzić. I zapewne jeszcze tej nocy stwór miał w menu panią Marzenę.

Pchnęła metalową bramkę okalającą grobowiec. Tchnęła energię w miedziany pręt szykując się do walki. Rozgrzał się natychmiast, posłuszny jej woli.

– Barabasz, wyłaź gnido, wyzywam cię na pojedynek pieśni śmierci – powiedziała głośno i wyraźnie.

Przez chwilę odpowiedzią była tylko cisza, ale Katia wiedziała, że szumowina jest w grobowcu, czuła jego aurę, oślizgłą i gliniastą jak wnętrze grobu na bagnach. Wzmocniła osłonę, przewidując jego zdradziecki atak. Pręt nagrzał się przechwyconą energią. Kolejny cios znów nakarmił tylko jej osłony i różdżkę. Koleś naprawdę niewiele wiedział o nekromantkach. Kobiety w tym fachu były rzadkością ale jeśli się pojawiały, były najlepsze i potrafiły rzeczy, których faceci nigdy nie opanowali. Jak przechwytywanie energii.

– Wyłaź szczurze, bo zacznę śpiewać bez ciebie – powiedziała gniewnie.

Wtedy nie miałby szans na wygraną. I tak jej nie miał, ale do dopuszczał do siebie tej wiedzy.

Wyszedł i arogancko mierzył ją spojrzeniem. Chudy, zielonkawy na twarzy, rozczochrany wyglądał jakby naprawdę był pełnoprawnym lokatorem grobowca.

– Czego chcesz? – warknął nisko.

– Jesteś zakałą naszego fachu, Barabaszu, nasyłanie pluja na śmiertelniczkę? Co ty sobie myślałeś?

– Zapłacone, wykonane – mimo, że chciał brzmieć pewnie, gardło zaciskało mu się lekko.

Katia uśmiechnęła się złośliwie, oto przyznanie do winy. Jakby miała jakieś wątpliwości.

– Złamałeś kodeks.

– Mam w dupie kodeks.

– Jak sobie życzysz – powiedziała spokojnie.

Przymknęła oczy i zaczęła nucić pieśń śmierci. Frazy miękko układały się w jej ustach, głos miała wysoki, dźwięczny, nabierał mocy z każdym słowem. Powietrze ożyło.

Barabasz starał się ją przebić. Śpiewał nisko, chrapliwie. Nie było w jego pieśni elegancji i poezji, z jaką Katia ułożyła swoją. Był bardziej pierwotny i szorstki. Jego pieśń wibrowała w powietrzu, natykając się na wibracje jej pieśni.

Energia falami rozchodziła się po cmentarzu, niczym kręgi na jeziorze po rzuceniu kamyka. Jej głos wzbijał się wyżej i wyżej, dźwięczał pięknym sopranem, lekki jak dźwięk fletu, zatraciła się w melodii, słowa płynęły wartko. Energia opadała niżej, wnikała w ziemię, w groby, namacalna, gęsta, niepokojąca. Barabasz wzmacniał swoją pieśń, choć polegało to raczej na tym, że podnosił głos, wykrzykiwał frazy, odbierając im melodyjność. Katia mogła się tylko z satysfakcją uśmiechnąć, opłaciło się brać lekcje śpiewu, trenować przeponę, ćwiczyć latami.

Zamilkli, czekając na wynik pojedynku. Przez chwilę powietrze zdawało się znieruchomieć, zamarło w gęsty monolit, którym nie dało się oddychać, cichutkie bzyczenie świadczyło, że ziemia wciąż wchłania resztki wibracji z ich pieśni.

Ułamki sekund upływały im w milczeniu, nim ziemia zawibrowała i odpowiedziała. Wiatr niósł między nagrobkami echo pieśni, wysoki syreni zaśpiew i, co zawsze ją zaskakiwało, gdy słyszała powtórzenie własnej pieśni, tęskną, nieco sentymentalną melodię. Zmarli przyjęli jej rozkazy, może ich ożywić. Wybrali ją. Ziemia i śmierć wybrały ją. Moc Barabasza już ich nie interesowała.

– Przegrałeś – powiedziała z uśmiechem mierząc w niego miedzianym prętem.

– Nie – warknął.

Pchnięcie energią, kolejny atak znienacka, zupełnie jej nie zaskoczył. Znów wchłonęła jego energię. Mogła tak bez końca. Kolejny i kolejny cios tylko wzmacniał jej siłę.

– Jak mówią, prawdziwego mężczyznę poznajemy po tym jak kończy, a ty kończysz bez honoru i klasy.

Nie musiała dotykać go różdżką. Magia i śmierć były tego wieczoru po jej stronie. Wystarczyło, że nakierowała ją na jego pierś i zanuciła. Iskra wyskoczyła z końca i przemknęła w jego stronę, by po chwili wrócić, ciągnąc za sobą smugę jego mocy. Szarpnął się raz i drugi, wściekle krzycząc, ale wyrok ziemi i śmierci był jednoznaczny. Energia uciekała z jego ciała. Wchłaniała ją poprzez miedź i czerpała dopóki ostatnia iskra życia nie opuściła jego ciała. Upadł.

Musiała jeszcze uwolnić ducha, by trafił do Gardiasza, który z pewnością w Zaświatach przygotuje dla Barabasza coś paskudnego. Wyrysowała runę otwarcia na piersi nekromanty. Ich dusze były lepiej chronione niż innych… Pieczęcie zabezpieczały je przed zombiakami i stworami nocy, które choć ożywione, nie miały duszy a jej właśnie potrzebowały do tego, by istnieć, by mieć świadomość. Gdyby nie uwolniła teraz duszy Barabasza, zostałaby uwięziona w jego gnijącym ciele. Poczuła powiew chłodu, gdy duch opuścił ciało. Skropiła je olejkiem i oddała je ziemi. Jak w przypadku ghula, Gaja przyjęła dar.

Weszła do grobowca. Księgi, prywatne rzeczy Barabasza, eliksiry… Starszyzna musiała kogoś przysłać by zabrał je do Thornu nim znajdzie je jakiś dzieciak i zacznie się bawić w ożywianie nieboszczyków. Jeśli mieliby pecha trafiłby się ktoś z iskrą albo z magiczną przymieszką i kto wie, czy by nie dopiął swego. Co roku zdarzało się kilkanaście takich przypadków w samym Toruniu. Przechwycenie zombiaków nim narozrabiają, czyszczenie głów dzieciaków lub oddawanie ich pod opiekę mentorską, jeśli miały talent… Mnóstwo zachodu, którego można było uniknąć. Zapieczętowała wszystko.

Po sprawie, mruknęła. Odwróciła się i ruszyła do bramy wyjściowej.

Dora stała kilka metrów od grobowca, oparta o drzewo.

– Nie mogłaś trzymać się na dystans, co? – rzuciła zaczepnie, ale bez złości.

– Och daj spokój, twoja pieśń była jak magnes, nie mogłam się oprzeć – zaśmiała się podwijając rękaw kurtki – jeszcze mam ciarki.

– A jego, słyszałaś?

– Nie, tylko twoją.

Katia przytaknęła, a więc słyszała odpowiedź ziemi. Nie zdziwiło jej to. Jako wiedźma, Dora była czuła na takie rzeczy. Nigdy nie pytała innych jak słyszą jej pieśń, jakie emocje w nich budzi, to chyba zbyt osobiste. Szybko zmieniła temat.

– Musimy jeszcze jechać do zleceniodawcy, mam adres od ofiary. Trzeba go solidnie nastraszyć, by nie zrobił nic głupiego i darował sobie takie pomysły na przyszłość. W tej części z miłą chęcią przyjmę pomoc. Ty jesteś znacznie bardziej przekonująca jako straszak.

– Dzięki – mruknęła, ale nie mogła się sprzeczać. Katia wyglądała słodko i delikatnie, zwłaszcza w swojej estrogenowej fazie, sukienkach i szpilkach. Spojrzała po sobie, wyglądała na członkinię gangu motocyklowego. Skutki obcowania z piekielnikami.

Nekromantka wyciągnęła z torby, którą dzierżyła wiedźma, chusteczki antybakteryjne i kolejny raz tego wieczoru starannie wytarła dłonie. Pręt wrzuciła w przepastną otchłań karmelowej torby. W domu oczyści go solą. Wysłała szybkiego smsa do pani Marzeny, że może spać całkiem spokojnie. Zerknęła na Dorę, patrzącą na grobowiec, w którym mieszkał Barabasz.

– Szkoda, że moje pojedynki nigdy tak nie wyglądają – mruknęła wysoka dziewczyna, odrzucając rudy warkocz na plecy – no i nie musisz robić wiązań i przywołań krwi. Nic dziwnego, że ja mam poharatane ręce i blizny jak weteran z Wietnamu, a ty tylko cmokasz nad swoją nieskalaną skórą – dodała.

– Ale za to ty na co dzień nie wdychasz trupich odorów – odpowiedziała Katia marszcząc nosek.

– Ok, masz rację – prychnęła wiedźma – wolę już blizny.

– Ale spójrz, paznokcie bez zarzutu – wyciągnęła dłoń w stronę przyjaciółki.

Ślicznie wypiłowane, pomalowane malinową emalią paznokcie wyglądały idealnie.

Wiedźma spojrzała na swoje, krótkie, pociągnięte odpryskującym gdzieniegdzie granatowym lakierem. Co i tak było wynikiem licznych namów Katii. Zwykle były po prostu bezbarwne.

– Cholera, a ja nawet nie walczyłam… Malowałam je wczoraj…

– Pogódź się z tym, Dora, z tym się trzeba urodzić. Jak z gracją do chodzenia na szpilkach – rzuciła z uśmiechem spoglądając na płaskie glany przyjaciółki.

– Spróbuj kopać wilki w szpilkach…

Nekromantka mogła tylko westchnąć. Objęła ramieniem talię wiedźmy i ruszyły do samochodu, między żywych.

– Właśnie o tym mówię kochana, z tym się trzeba urodzić… ale nie martw się, popracujemy nad tobą jeszcze trochę – mówiła spokojnie, nie zważając na protesty towarzyszki.

Ratowanie jej kobiecej strony traktowała jak swoje powołanie. Nawet jeśli było pracą niemal na pełen etat.

  17 Responses to “Aneta Jadowska – Czy mama nie mówiła, byś nie bawił się umarłymi?”

  1. Super, a do tego po wczorajszej wiadomości na temat wydania jeszcze w tym roku 2 tomów, to po prostu bonus.

  2. Czyta się niesamowicie! Strasznie mi tęskno do Thornu, do Dory i do Mirona. Nie mogę się wprost doczekać kolejnych tomów, a to opowiadanie było bardzo przyjemnym przedsmakiem :) Dziękuję!

    • świetne,miło się czyta,tematyka też dobra na 6+ zasługuję

      • Le bateau coule et il n y a plus de pilote sur le pont. Guéant est vraiment le capitaine du Costa Coicurdna.Qoant à la Police, elle est à son niveau, il n y a aucune surprise.

  3. Proszę bardzo, za miesiąc kolejne 😉 Czas do jesieni szybko minie, zwłaszcza że takie lato to jak jesień 😉

  4. Oj dobrze, że za miesiąc kolejne. Apetyt mi wzrasta w miarę czytania. Bardzo fajne to opowiadanie. I ciekawe, czy uda się uratować kobiecą stronę Dory? :-)
    A czy będzie opowiadanie o tym, jak Dora poznała Katię i jak zostały przyjaciółkami?

  5. CZarownico, na razie nie ma, ale pomyślę o takim… w ogóle to zawsze mnie ciekawi jak czytam książkę o jakimś duecie – jak to się zaczęło? Bo każda przyjaźń musi mieć jakiś mit założycielski, jakieś okoliczności, które uruchomiły w ludziach to co najlepsze. Coś jak w poprzednim opowiadaniu o Dorze i Leonie.
    Ratowanie kobiecej strony Dory to robota na pełen etat, ale Katia nie spocznie – już w 2 tomie widać, że podchodzi do tego śmiertelnie poważnie 😉
    Niedługo (może w lipcu?) będzie jeszcze jedno opowiadanie z Katią, ale znów z perspektywy Dory. Życie uczuciowe Katii obfituje w szereg zwrotów akcji, co czyni ją wdzięcznym tematem do opisywania 😉

  6. Fajne opowiadanko :) No i przede wszystkim dało nam odczuć, że Katia nie jest jedynie imieniem w powieści, ale pełnowymiarową postacią :)
    No to teraz tylko aby do wydania Bogów, Co Zwariowali…

  7. Katia! Katia! Umów się ze mną! <3

  8. Neeba, biorąc pod uwagę szczęście Katii do facetów, to mogłoby być nie głupie rozwiązanie, choć ona akurat jakoś nań nie wpadła :)

  9. […] Aneta Jadowska – Czy mama nie mówiła, byś nie bawił się umarłymi? […]

  10. W opowiadanku jest pewien błąd, nieścisłość bardziej. Katia mówi, że Witkacy przeszedł do legendy jako najbardziej uparty i że Dora jest jego mentorką i to najbardziej upartą. Tymczasem Teodora zostaje mentorką Witkacego dopiero w „Bogowie muszą być szaleni”. W opowiadanku lepszym słowem byłoby: nauczycielka.

    PS. Kiedy można się spodziewać następnego opowiadanka?? Bo tom trzeci ma wyjść pod koniec roku z tego co wiem…. A to strasznie dużo czasu i przydałoby się coś na osłodę oczekiwania…

    • Albreht, opko było pisane już po napisaniu bodajże 4 tomu, stąd zamieszanie. Później przeniosłam je nieco w czasie, ale kto sprytny ten zauważy, że Katia wydaje się tu już znać Witkaca a przecież poznała go dopiero w 2 tomie, po tym, jak Dora została już jego mentorką.
      Co do opowiadań nowych, pisałam o tym gdzieś dokładnie, na razie jestem obłożona robotą po uszy, ale jeszcze przed premierą Zwycięzcy chcemy wydać ebooka z opowiadaniami, w tym co najmniej kilkoma nowymi. Taki jest plan. czas pokaże czy zrealizujemy go w 100 procentach, jeśli nie w ebooku, nowe opowiadania pojawią się tu, w czytelni.

  11. Hello, yes this piece of writing is truly nice and I have learned lot of things from
    it about blogging. thanks.

  12. Opowiadania świetne, ale mam pytanie. Czy jak już będą te nowe, i wyjdą na ebooku, to czy będzie można je gdzieś znaleźć w formie pisanej? Nie wszyscy myślę ciepło podchodzą do pomysłu słuchania takich fantastycznych dzieł 😉 myślę, że wiele ludzi wolałoby je przeczytać i dać się ponieść własnej fantazji 😉

    • Karpiu, ebook to jest forma pisana 😀 poplątało ci się z audiobookiem, który faktycznie jest nagraniem 😀 A jeśli chodziło ci o pisaną czyli papier, na razie nie planuję papierowego wydania – we wrześniu powinno być w Coś na progu moje opowiadanie – to jedyne planowane na teraz formy wydawania opek na papierze :)

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>