Aneta Jadowska – Kalejdoskop

 

 

Mężczyzna obserwował zmagania dziecka ze wstążką i kolorowym papierem, w który owinięte było pudełko z prezentem. Z niepokojem czekał na reakcję syna.

– Ale fajny! – Malec niemal krzyknął z zachwytu dotykając nowej zabawki.

– Cieszę się, że ci się podoba – ojciec najstarszym gestem świata rozczochrał czuprynę synka – nie co dzień się kończy siedem lat, co Tygrysie?

– Pewnie, trzeba do tego urosnąć! – Zajrzał w kalejdoskop i powoli zaczął przekręcać.

Z otwartą z zachwytu buzią obserwował przemiany konstelacji kolorowych szkiełek.

Po chwili przycisnął zabawkę do piersi i żarliwie zapewnił:

– To najfajniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałem!

Ojciec uśmiechnął się, był dumny z siebie. Przez chwilę żył tą chwilą, później spojrzał na zegarek i wypowiedział kwestię, którą malec zdążył już poznać i znienawidzić.

– Czas na mnie, mam jeszcze masę roboty.

Chłopiec został sam. Do piersi z całych sił przyciskał niebieski kalejdoskop. Bardzo nie chciał powstrzymać łzy.

***

– Się masz Max! – Zgrabna blondynka pocałowała go mocno na powitanie.

– W normie Caro, jakoś jeszcze powłóczę nogami.

– Będę na ciebie czekała po koncercie… – Przesłała mu buziaka i odeszła uwodzicielsko kołysząc biodrami w obcisłych, króciutkich spodenkach.

Max potarł twarz i odgarnął z niej przydługie włosy. Łyknął niewielką tabletkę z wizerunkiem myszki Miki. Łagodny halucynogen szybko zaczął krążyć w krwiobiegu.

Wszedł na scenę. Przez pierwsze sekundy nic nie widział, błysk reflektorów oślepił go. Po chwili źrenice zwęziły na tyle, by zamajaczyła mu publiczność.

– Witam wszystkich – wymruczał do mikrofonu.

Przez salę przepłynął szmer powitania. Gitarzysta kończył intro, Max zaczerpnął tchu i zaczął śpiewać. Jego głos, początkowo miękki i ciepły, z każdym słowem bliższy był histerycznemu krzykowi. Nie myślał o tym co śpiewa, w jakie słowa przyobleka swe emocje. Nie obchodziło go to.

*

Stoję na ołtarzu i przemawiam do nich. Spijają me słowa, chłepcą krew, dotykają… Powietrze drga, pulsuje jak moja krew. Czy czujesz zapach strachu? Odszedł czy tylko śpi? Bierzcie i pijcie… Krew spływa po nadgarstkach…Spadam.

***

Nie pamiętał co robił na scenie. Nie pierwszy zresztą raz. Musiało jednak być dobrze, skoro szef – gruby i wiecznie utyskujący Bruno – odpalił mu premię. Trzymał ją właśnie w dłoni, małe czarne lakowe pudełeczko z wizerunkiem czerwonego, chińskiego smoka. „Masz synu, to pomoże ci dotknąć Oriona” – powiedział mężczyzna o bogatej hippisowskiej przeszłości wychodząc z garderoby. Max został sam. Opadł na kanapę, której obicie gęsto znaczyły ślady przygaszania na nim papierosów. Zdjął przepoconą koszulkę i cisnął ją pod ścianę. Skórzane spodnie ciasno oblepiały mu uda, ale nie chciało mu się ich zdejmować. Zresztą drzwi garderoby uchyliły się cicho i weszła Caro, specjalistka od szybkiego pozbywania się ubrań. Nim pokonała te kilka kroków od drzwi do kanapy, była już prawie naga, ale i niewiele miała do zdejmowania.

Sięgnął po pudełeczko ze smokiem. W środku grzechotały różowe perełki z wygrawerowanymi literkami TXT. Nigdy takich nie brał, ale to tylko podnosiło poziom adrenaliny. Połknął dwie. Caro uporała się z jego spodniami i naga opadła mu na biodra. Trzymał ją za pośladki, kiedy rytmicznie kołysała się i unosiła w najstarszym rytmie świata. Nagle krzyknął.

Czerwony smok przybył.

*

Ogromne, czerwone ślepia wiercą mój mózg. Unosi mnie w zębach pod niebo, czuję opór powietrza…Wyżej już nie można. Ogłuszający krzyk, czy to ja krzyczę? Cały świat rozsypuje się jak domek z kart. Wielkie puzzle przesuwają się, zza mgły wyłaniają się nowe sceny, wizje, obrazy. Błoniaste skrzydło smoka przysłania mi horyzont, a jednak widziałem jak porządek i chaos zamieniają się miejscami. Czy ktoś zauważy zmianę? Smok wypuszcza mnie z objęć. Spadam.

***

– Od dawna tu leży? – Starzec pochylił się nad ciałem chłopaka, by lepiej mu się przyjrzeć przez grube, lekko przydymione szkła. Po chwili zdjął okulary, przetarł soczewki irchową szmatką i założył je z powrotem na nos. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Kiedy przyszedłem już tu leżał – ogrodnik westchnął ciężko wyłamując palce w stawach. Wiedział, że katechizm zabrania źle myśleć o bliźnich, nawet o obcych, ale… ten obcy stratował dzieło jego życia. Jeszcze wczoraj wieczorem podlewał z dumą szafirki, żeniszki, pięknie pachnąca maciejkę, narcyzy… Dziś wszystkie były pogniecione, połamane, martwe. Cały klomb. Kolejne westchnienie wydarło się z piersi ogrodnika.

– Nie można go tak zostawić – starzec nieudolnie usiłował podźwignąć chłopaka.

Nie miał dość siły w starczym ciele. Ogrodnik bez słowa podszedł i podniósł intruza z klombu. Robił to bardziej z troski o swoje kwiaty i o słabe serce pracodawcy niż z uwagi na zdrowie nieprzytomnego chłopaka. Mimo bezwładności ciało było lekkie, ważyło nie więcej niż siedemdziesiąt kilo, choć chłopakowi tylko niewiele brakowało do dwóch metrów wzrostu. Poprawił uchwyt i bez większego problemu wniósł chłopaka po schodach, idąc za drepczącym na przedzie tej osobliwej ekspedycji pracodawcą. Starzec otworzył na oścież drzwi domu, a później kolejne, w głębi korytarza i przepuścił w nich obarczonego ciężarem.

– Wnieś go tutaj Stefciu, połóż go na łóżku – powiedział, jednocześnie ściągając z wierzchu zabytkową kremową kapę, dzierganą jeszcze przez jego babkę. Chłopak nawet nie drgnął, kiedy Stefan układał go na posłaniu, a właściciel domu okrywał go kocem. Mężczyźni po cichu opuścili pokój. Bez słowa opuścili dom i usiedli w wiklinowych fotelach na werandzie.

– Kto to jest panie Bernardzie?

– Bóg raczy wiedzieć drogi chłopcze – rzekł starzec, dla którego blisko czterdziestoletni ogrodnik, młodszy jednakże od niego o drugie tyle, zawsze był młodzieniaszkiem.

– Wygląda…dziwnie – zawstydzony Stefan wbił spojrzenie w czubki swoich idealnie wypolerowanych butów. Nigdy nie widział aby ktoś niekompletnie ubrany wyszedł na ulicę, tymczasem chłopak miał na sobie tylko spodnie, a i te jakieś dziwne, chyba skórzane. Nigdy takich nie widział, ale wiedział, że nie jest to przyzwoite ubranie.

Podobnie oceniał długie splątane włosy obcego, jak i dziwny rysunek na jego ramieniu.

Wszystko to było dziwne, niecodziennie, to jednak nie z tego powodu kolana drżały mu teraz ze strachu. Od dziecka był przyzwyczajony do widoku znamion chrztu. Widział je codziennie, tak jak codziennie jadł i oddychał. Każdy człowiek miał na dłoni niewielki, czerwony krzyżyk wypalony mu przez kapłana w czasie ceremonii chrztu. Obcy nie miał żadnego znamienia. Stefan nie rozumiał jak to jest możliwe. W katechizmie stoi, że nikt nie przeżyje tygodnia, jeśli kapłan tuż po urodzeniu nie zmyje zmazy grzechu i nie naznaczy dziecka w oczach Boga. Jak więc to możliwe, że ten chłopak żyje?

*

Ja pierdolę! Ale faza! Jeszcze teraz kręci mi się w głowie. Pocieram twarz by zrzucić z siebie ostatnie strzępki snu i otępienia. Nie mam pojęcia gdzie jestem, ale nie podoba mi się to co widzę. Białe meble, niebieskie ściany, firaneczki i pierdoły jak w domku dla lalek. Gdzie mnie nosiło? Pamiętam koncert, garderobę… Ktoś się zbliża…

***

Opadł na poduszki i przymknął oczy symulując sen. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Spod uchylonych powiek obserwował młodą, może osiemnastoletnią dziewczynę, jak wnosi tacę z kanapkami i dzbankiem herbaty. Wydawała mu się dziwnie znajoma. Jasne, spięte grzebykami włosy, jasna twarz w kształcie serca z ostrą brodą, duże szare oczy… I co najbardziej znajome, krągłe pośladki, których zarys wyłaniał się przy każdym ruchu pod fałdami przydługiej spódnicy.

– Caro! Co się u diabła dzieje? Gdzie my do cholery jesteśmy?

Dziewczyna przeżegnała się nabożnie.

– Cieszę się, że doszedł pan już do siebie. Nie wiem jednak o czym pan mówi, uderzył się pan w głowę?

– To ściema, co? Robicie mnie w konia, Bruno pewnie też w tym siedzi… Caro…Bo tak przecież masz na imię?

– Na chrzcie dano mi Karolina – odparła nieco zaskoczona i coraz bardziej speszona jego zachowaniem.

– Tak właśnie myślałem. Ledwie cię poznałem w tej kiecce, zza tych falbanek. Znacznie bardziej podobałaś mi się w szortach, a jeszcze bardziej bez nich…

– Jak pan śmie! – twarz jej zapłonęła żywym ogniem, jeszcze bardziej przypominała teraz serduszko. Palce w bezsilnej złości tłamsiły falbankę sukienki.

– Ależ moja droga, dlaczego miałbym się krępować? W końcu znam cię, że tak powiem, dogłębnie – zaśmiał się sarkastycznie. Dziewczyna ze świstem wypuściła powietrze, twarz jej zaczerwieniła się jeszcze bardziej, choć nie wydawało się to możliwe. Chwilę wahała się, czekając na coś, zapewne na przeprosiny, nie doczekała się. Kiedy odwróciła się na pięcie i wybiegała z pokoju, po jej policzku spływały pierwsze łzy. Trzasnęły drzwi. Leżał i śmiał się w głos, choć wcale nie było mu do śmiechu. Otoczenie przytłaczało go. Było obce, ale dziwnie znajome… Jego dewizą, czy raczej spontaniczną receptą na życie, było zmieniać lokum zanim listonosz zacznie kojarzyć jego twarz z nazwiskiem na kopercie. Zmiany były pozorne, ograniczyły się do wymiany jednej obskurnej nory na drugą, w najlepszym wypadku nie gorszą. Zamiana Heinekena na Budweisera, nigdy zaś Lecha na wodę święconą. A czuł się właśnie tak, jakby miał za sobą podtopienie w wodzie z Lourdes. W otoczeniu białych mebelków, koronek, serwetek na każdej półce, bibelotów i kokard dusił się, wpadał w panikę. Cały ten…blichtr kojarzył mu się z domem tak zwanym rodzinnym, przypominał mu też dlaczego stamtąd uciekł. To była właściwa decyzja, warta tego, by ją powtórzyć. Wstał z łóżka i starając się iść jak najciszej zbliżył się do okna. Parter, dobrze. Otworzył okno i wyszedł na parapet. Po chwili stał na perfekcyjnie strzyżonym trawniku.

– Nie wygodniej byłoby ci wyjść drzwiami? Przecież nikt by panu nie przeszkodził. – staruszek siedział w wiklinowym fotelu. Jego uśmiech był żywcem ściągnięty z amerykańskiej, familijnej opery mydlanej.

– Wybacz dziadku, stary nawyk – Max speszony jak dzieciak przyłapany na gorącym uczynku podkradania cukierków, wcisnął dłonie w kieszenie skórzanych spodni.

– Ten nawyk mógłby cię zgubić. Gdybyś wyszedł na ulicę półnagi, bez znamienia chrztu, ludzie by cię zlinczowali. W najlepszym wypadku policja zdążyłaby cię aresztować zanim by cię ukamienowano.

Max spojrzał po sobie. Jego strój był wprawdzie niekompletny, zwłaszcza w porównaniu z zapiętą pod szyją koszulą, spodniami w kant i wypolerowanymi na wysoki połysk butami starca, ale żeby od razy lincz?

– Może chcesz jakieś ubranie?

– Dosyć już tutaj zabawiłem…

– Gość w dom, Bóg w dom. – sentencjonalnie zauważył starzec.

Maź sięgnął do tylnej kieszeni, w której zwykle trzymał pieniądze, jeśli tylko takowe miał. Tym razem nie miał. Palce wymacały tylko małe lakowe pudełeczko. Przypomniał sobie. TXT i wszystko jasne.

*

Czy to jeszcze faza? Dziwaczna. A może nosiło mnie na haju? Gdzie ja u diabła jestem? Jak w kiepskim dramacie absurdu… Kusi by wziąć następną perełkę.

***

Bernard trąc podbródek zastanawiał się o co w tej historii chodzi. Obcy chłopak, skandalicznie ubrany, bez chrztu… Czy to próba zesłana przez Boga? A może to wariat? Słyszał, że niektórzy rodzice nie podporządkowywali się prawu i ukrywali swoje niepełnosprawne i niedorozwinięte dzieci, by nie zabrano ich do zakładu. Chłopak mimo hardej miny wyglądał na zagubionego. Obracał w dłoniach czarne pudełeczko. Po chwili wyjął coś z niego i połknął. Bernard przyglądał mu się uważnie, wyczuwając w powietrzu dziwne napięcie. Przez chwilę nic się nie działo. Nagle chłopak opadł na kolana jak do modlitwy i wrzeszczał potępieńczo. Krzyczał tak głośno i przeraźliwie, że świat zdawał się drżeć w posadach.

*

Zaczęło się. Huk tak potworny, że sam dla równowagi zacząłem krzyczeć. Uszy bolały jak przy nurkowaniu. Smok jednym ruchem ogona rujnował wszystko dookoła. Twarz starca rozciągała się groteskowo. Puzzle drgnęły i przesuwały się z okropnym zgrzytem. Mimo bólu i wysiłku nie mogłem zamknąć oczu. Powoli wszystko wracało do normy. Klocki po raz kolejny znalazły sposób na stworzenie całości, zupełnie innej ale całości. Smok wypuścił mnie z łap. Nim sięgnąłem ziemi, błękit nieba przecięła czarna błyskawica, zostawiła po sobie ciepły, szary ślad. Ogłuszony leżałem na ziemi. Nie wiedziałem czy otacza mnie absolutna cisza, czy to ja ogłuchłem. Po chwili znałem odpowiedź. Ze sfery ciszy wyrwał mnie suchy trzask odbezpieczanej broni tuż za moimi plecami. Obróciłem się gwałtownie. Ból przeszył skroń i ciepła krew zalała oko.

***

Dziewczyna parsknęła ze złości. Twarz w kształcie serca była więcej niż znajoma, lecz groźnie wyglądająca spluwa, którą wycelowała mu w pierś nie pasowała do niej równie mocno jak sukienka z falbanami.

– Caro? – wyjąkał zdumiony ocierając napływającą na powiekę krew.

– Milcz, ja pytam! Jak wydostałeś się z kolonii? – spytała ostrym, nieprzyjemnym tonem.

– Jakiej kolonii?

– Zawsze myślałam, że Margo przesadza mówiąc, że jesteśmy skończonymi idiotami, ale ty potwierdzasz tę regułę.

– Caro, to ja Max…

– Na imię mam Carmen a nie Caro, a jak ty masz na imię – gówno mnie obchodzi. Wstawaj, wracamy do Centrum.

Wstał. Czuł, że w razie sprzeciwu zastrzeliłaby go jak psa. Może nawet szybciej. Niewykluczone, że psy lubiła. Szedł posłusznie wpół kroku za nią i choć w tej sytuacji zakrawało to na kpinę, nie mógł od niej oderwać oczu, od jej ciała ciasno opiętego kombinezonem, długiego warkocza kołyszącego się między łopatkami… Przełknął głośno ślinę. Kobieta była cholernie atrakcyjna, podobała mu się, na co jego ciało zareagowało dosyć…namacalnie. Może zresztą erekcję wywołał narkotyk? Carmen zauważyła co się z nim dzieje. Parsknęła śmiechem, a w oczach zamigotały jej iskierki złośliwości. Popchnęła go lufą w stronę patrolki, która stała przy drodze.

– Wchodź, Centrum może poczekać.

W maleńkim pomieszczeniu z trudem mieściła się wąska wojskowa prycza i stolik, na którym stała radiostacja. Popchnęła go, gdy ociągał się w progu. Zamknęła za nim drzwi. Bez słowa popchnęła go na łóżko. Zdezorientowany opadł na twardy materac. Odłożyła broń, na tyle blisko, by była w zasięgu jej ręki nim zdążyłby mrugnąć.

– No samczyku, powiedz, na to masz ochotę? – rozsunęła kombinezon. Widok krągłych, niezwykle kształtnych piersi zahipnotyzował go. Zdawał sobie sprawę jak idiotycznie wygląda zagapiony, zaśliniony, ale i tak nie mógł oderwać oczu od biustu dziewczyny.

– Rozbieraj się!

Nie poruszył się zdezorientowany i zapatrzony. Po chwili czuł chłód lufy przy swojej skroni.

– Nie każ mi się powtarzać, bo tego nie lubię!

Tym razem nie zwlekał. Zsunął spodnie do kolan razem z bielizną. Uśmiechnęła się zadowolona.

– Tak lepiej samczyku. – rzekła zdejmując dopasowany kombinezon.

Najbliższe minuty wypełniły mu obsesyjne myśli o jej krągłych biodrach, gładkiej skórze ud oplatających go ciasno, zapachu jej długich włosów łaskoczących go w szyję. Jednocześnie uświadomił sobie, że pierwszy raz poczuł się… wykorzystany w akcie seksualnym. Zwykle było na odwrót. Po koncercie wybierał sobie jakąś dziewczynę, zapraszał do garderoby, a po wszystkim pokazywał drzwi i żegnał ją niekoniecznie eleganckim tekstem w stylu „było miło, ale się skończyło”. Teraz to ona decydowała o wszystkim. Właśnie ubierała swój kombinezon, zupełnie jakby nic się nie stało. Zauważyła jego skonsternowaną minę i uśmiechając się kpiąco spytała:

– Co samczyku, czujesz się pokrzywdzony, wykorzystany?

Mruknął potwierdzająco.

– A gdy twoja płeć przez wieki wykorzystywała moją, to wszystko było w porządku? – ironicznie przyglądała się jego pobladłej twarzy.

– Sex nie musi być próba sił, może być przejawem…miłości – zawahał się.

– Jasne samczyku, powiedz mi, tylko szczerze, ile razy robiłeś to z miłości?

Nie musiał odpowiadać, jego mina mówiła wszystko.

– Sex samczyku zawsze był monetą przetargową, na niczym nie zależało wam tak bardzo. I to was zgubiło.

– To znaczy?

– Proste, uzależniliście się od niego. Zrobilibyście dla niego wszystko, nawet pozwoliliście się zamknąć w kolonii. My sprawujemy władzę, wy jesteście niewolnikami. Nareszcie wszystko jest na swoim miejscu.

– Od jak dawna?

– Co to wagarowałeś z historii? Nieoficjalnie od wieków. Oficjalnie Republika Kobiet istnieje sześćdziesiąt siedem lat.

Nigdy, nawet w najczarniejszych koszmarach nie podejrzewał, że znajdzie się w takiej rzeczywistości. Jego męska duma cierpiała. Podciągając spodnie pomyślał, że wiele by dał aby znowu wrócić do świata, gdzie mężczyźni mają swoje prawa. Przypomniał sobie o perełkach TXT. Wyciągnął lakowe pudełeczko. Spojrzała podejrzliwie.

– To tylko lekarstwo – zapewnił pokornie. Obojętnie wzruszyła ramionami. Połknął przepustkę do innego świata. Dziewczyna prawie wystrzeliła z trzymanej broni, kiedy ciszę stróżówki przeciął potworny, nieludzki krzyk. Nigdy takiego nie słyszała i miała nadzieję nigdy już nie usłyszeć.

*

Huk już nie przerażał. Czekałem na niego jak na zbawienie. Krzyczałem, choć raczej dla ochrony uszu przed potwornym hałasem, niż ze strachu. Znowu ujrzałem smoka. Jego błoniaste, szkarłatne skrzydło przysłoniło mi świat. Byłem mu za to wdzięczny, wolałem nie widzieć co się działo z Carmen gdy puzzle ruszyły. Zaciskałem powieki nie chcąc widzieć triumfu chaosu i ruiny. Ból w piersi…znowu krzyczałem do utraty tchu. A jeśli tym razem smok mnie rozszarpie? Jeśli istnieję na styku puzzli?

***

Dziewczyna siedziała na leżącym wprost na podłodze materacu. Przytulając do piersi gitarę, obserwowała przybysza. Pojawił się nagle, ale nie była zaskoczona. Trudno ją było zaskoczyć. Od dawna wierzyła, że wszystko może się zdarzyć. Ujęła gryf i zamyślona zaczęła grać. Pojedyncze akordy przechodziły w smutną melodię. Z ust popłynęły słowa:

„Zawracam po śladach swych stóp

szukając przystanku gdzie zgubiłam siebie

Uśpiłam sumienie i czujność kobiety

Odgrywam komedię w której jestem błaznem.

A słysząc śmiech od wieków się łudzę,

że śmieją się ze mną

choć śmieją się ze mnie

I zniosę tej męki jeszcze długie lata

Lecz znów muszę uśpić rozum i sumienie

I oczy przewiązać przepaska z atłasu

By nie oglądać wstecz straconych dni”

Otworzyła oczy, otarła wilgotne policzki. Stare dzieje, jeszcze sprzed zmiany. Odgarnęła z włosy spadające jej kaskadą na twarz. Przybysz już nie spał, podpierając się na łokciu wpatrywał się w nią z niemym pytaniem w oczach. Speszyła się lekko i odruchowo ukryła dłonie za pudłem gitary.

– Cześć – powiedział cicho na powitanie, by jakoś przerwać ciszę.

– Cześć – odpowiedział równie cicho. – Gdzie jestem? Jak się tu znalazłem?

– Po prostu po zmianie już tu byłeś, w nowym świecie, jednym z wielu, o czym zapewne

już wiesz.

– Wiesz o zmianach. – bardziej stwierdził niż zapytał.

– Sama skakałam jakiś czas temu, aż znalazłam się tutaj.

– Skończyło ci się TXT?

– Nie skakałam na pigułach. Czerwony smok zabierał mnie z miejsca na miejsce, aż trafiłam tutaj i nie chciałam już skakać.

– Ale jak zaczęła, jak przywołałaś smoka beż perełek?

Podwinęła rękawy swetra. W poprzek nadgarstków na bladej skórze różowiły się szerokie blizny.

– Przeskoczyłam w chwili śmierci. Widać to nie był mój czas, może los uznał, że da się to jeszcze odwrócić, nie wiem.

– Dlaczego tutaj? Skąd wiedziałaś, że chcesz zostać akurat tutaj?

– Wiesz co się wydarzyło 8 grudnia 1980 roku? Dokładnie dwadzieścia lat później ja podcięłam sobie żyły.

– Lennon? – zamajaczyło mu w głowie.

Przytaknęła. Wstała i podeszła do stołu na którym stał magnetofon. Popłynęła spokojna melodia, znajomy, męski głos wyśpiewywał, jak bardzo ucieszył się budząc się rano u boku swojej kochanej Joko.

– Rozumiesz? On tu nadal żyje, nigdy nie trafiła go kula zamachowca. Kocha, śpiewa, ma kolejne dzieci. Teraz wiesz dlaczego tu zostałam.

Skinął głową. Przez chwile milczał. Musiał przyswoić nowe informacje. Nadal miał więcej pytań niż odpowiedzi.

– Czym są skoki?

– Z czym kojarzysz słowo „misfit”?

– Film z Monroe?

Roześmiała się.

– No dobrze, to też, ale tak ogólniej? – wzruszył bezradnie ramionami. Westchnęła i zaczęła tłumaczyć – Misfit to człowiek nie pasujący do świata, a którym przyszło mu żyć. Skłócony z życiem. Skoki dają mu szansę odnaleźć swoje miejsce, to czego szuka.

– Czego ja szukam? – sam nie wiedział, czy pyta się dziewczyny, czy siebie.

– To już akurat powinieneś wiedzieć sam.

Zamyślił się. Coś nie dawało mu spokoju.

– Jak długo można tak chaotycznie skakać?

– To znaczy? Nie rozumiem.

– Skąd mam wiedzieć, czy skakać dalej?

– To ty nie śledzisz błysku?

– Tego ciepła? Widziałem go tylko raz…

  • To przestań skakać na TXT, skup się od tego zależy twoje życie, chyba warto poświęcić temu trochę uwagi? Mam nadzieję, że nie przegapiłeś swojego świata.

Zastanowił się chwilę nad widzianymi światami.

– Nie sądzę, bym był już tam gdzie trzeba.

– Wystarczy, że chcesz by smok przybył, sam się zjawi i zabierze cię dalej.

– Rany, a ja myślałem…

– Tak wiem, wy faceci nie grzeszycie bystrością.

– Cholera, to już drugi świat w którym to słyszę!

– Niektóre rzeczy widać się nie zmieniają – zachichotała.

– Dziękuję bardzo – rzekł z przekąsem, lecz po chwili uświadomił się, że naprawdę jest jej winny wdzięczność – naprawdę, bardzo dziękuję. Nie wiem co bym bez ciebie zrobił.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko.

– A co jeśli nie znajdę odpowiedniego świata? Jeśli nie ma dl mnie miejsca? Absolutny Misfit?

Spuściła oczy na opuszki swych palców. Nie musiała mówić.

Przywołał smoka.

– To dla ciebie – przytulając go na pożegnanie wsunęła mu do kieszeni złożoną na czworo karteczkę. Świat zaczynał swój taniec agonii i chaosu. Szybko się odsunęła czując podmuch skrzydeł we włosach. Smok porwał go w objęcia.

*

Nadal szok, ale dużo mniejszy niż na TXT. Hałas słabszy, ruchy straciły na gwałtowności. Nadal dręczy mnie niepewność gdzie wyląduję. Czy można wrócić w jedno z opuszczonych miejsc? Gdybym nagle zmaterializował się na powrót na muszce Carmen?

Nadzieja, że jednak nie, że może ten skok będzie TYM, że znajdę sobie miejsce, pozbędę się tego nieznośnego jaskółczego niepokoju. Smok zniża lot.

Upadek i tępy ból w czaszce były jedynymi pewnymi aspektami tej nieprzewidywalnej historii.

***

Z głuchym jękiem upadł na asfalt. Przez chwilę miał wrażenie, że jak postać z kreskówki wbił się weń na kilka centymetrów. Otaczała go głucha i ciepła noc. Gdzieniegdzie ciemność rozpraszały syczące latarnie. Jęcząc z bólu i trzymając się za obite żebra, podszedł do jednej z nich. Rozwinął kartkę od dziewczyny. Migotliwe światło lampy zatańczyło wokół liter:

„ Wyciągnięte dłonie

odnajdują w mroku drugie

równie samotne i drżące.

Z niedowierzaniem i niewiarą

Splatają się,

Podświadomie drżąc w oczekiwaniu

Na koniec złudzeń.

Ciepła materialność

Przenika przez skórę i rozpuszcza kości.”

P.S. Uważaj na siebie. Weronika.

A więc tak miała na imię… Zaszczypały go oczy, odruchowo zacisnął zęby powstrzymując drżenie ust. Na końcu języka miał słowa, których nie chciał słyszeć. Coś o samotności i lęku. Zmiął kartkę, lecz, zamiast wyrzucić, wsunął ją do kieszeni sfatygowanych spodni. Zastanawiał się, czy spotkałoby go to wszystko, gdyby posłuchał ojca i zdobył jakiś pewny, dobrze płatny zawód. Marzenie i ambicja ojca – syn prawnik, lekarz, w ostateczności księgowy. Właśnie. Ambicje ojca, nie jego. Ciekawe, czy prawników odwiedza smok? Był zmęczony. Do świtu zostało co najmniej kilka godzin. Oczy same mu się zamykały. Ostatnio nie spał za wiele, nie licząc utrat przytomności, stanu czerni bez snów. Ułożył się na ławce w bezpiecznym kręgu światła lampy.

Zasnął prawie od razu, jeszcze zanim dokuczliwym stały się twardość ławki i odrętwienie ciała.

*

Obudziły mnie nachalne promyki słońca. Z denerwującą determinacją wciskały mi się pod powieki. Było koło dziesiątej, czyli według moich starych przyzwyczajeń, niemal świt.

Wstałem z ławki zupełnie połamany. Obite mięśnie po wczorajszym upadku, po całej nocy na twardej, drewnianej ławie w pozycji embrionalnej, były dziś jednym wielkim węzłem bólu. Przydałaby się teraz Caro, mistrzyni masażu. Z drugiej strony, może lepiej nie wywoływać wilka z lasu? Zdaje się, że tylko wcielenie z mojego świata było mi przyjazne. Lepiej sam porozciągam trochę stare kości.

***

Ulica była martwa. Żadnych ludzi czy zwierząt. Domy straszyły czarnymi, wypalonymi oknami. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Kojarzył mu się z pogrzebem równie jednoznacznie jak zapach lilii. Zapach śmierci? Nawet w jego uszach zdanie to trąciło absurdem, a jednak skojarzenie było uparte i nie ustępowało zdrowemu rozsądkowi.

Czuł wewnętrzny opór przed wejściem do któregoś z tych martwych domów, ale wiedział, że nie ma prostszego sposobu aby poznać tajemnicę tego miejsca. A że takowa istniała był pewien. I chciał ja poznać.

Schody kruszyły się pod jego stopami, osypywał się tynk ze ścian pod dotknięciem jego palców. Dom ział pustką. Pojedyncze, skorodowane, rozsypujące się meble podkreślały tylko wrażenie opuszczenia. Obchodząc dom od pokoju do pokoju, odruchowo oczekiwał jakiegoś strasznego znaleziska. Szkielet w szafie lub rozkładające się w wannie zwłoki świetnie pasowałyby do klimatu tego miejsca. Nic. Nie było bodaj śladu ludzkiej obecności. Ślady jego stóp odbite w grubym pokładzie kurzu na podłodze były jedynymi śladami. Wyszedł na ulicę. Dźwięcząca w powietrzu, nienaturalna w swej skończoności cisza przyprawiała go o ciarki. Żadnych znajomych odgłosów, ludzkich hałasów, rozmów, samochodów, echa melodii z samochodowego radia. Tylko przejmujący świst wiatru wśród ruin. Nad jezdnią tańczyły, unoszone ruchem powietrza, pojedyncze kartki jakiejś czarno-białej gazety. Max schwycił kilka w garść i zaczął je przeglądać. Teoretycznie istnienie gazet było jednoznaczne z istnieniem ludzi. Ktoś je wydrukował, ktoś czytał. Teoretycznie, bo podobnego, złudnego, przekonania nietrudno było nabrać na widok domów i latarni. Oglądał zadrukowane strony jakiegoś dziennika, oblał go zimny pot, kiedy zrozumiał czym są białe, puste kwadraty pomiędzy kolumnami czarnego druku. Miejsca na fotografie. Puste. Jakby nie było kogo sfotografować, albo i te osoby z fotografii zniknęły z wszystkimi. Umarły? Przeszedł go dreszcz na myśl, że to co spowodowało zniknięcie tych osób nadal może być w pobliżu. Może w powietrzu, którym oddycha? Nie zwlekając dłużej przywołał smoka.

*

Ciekawe, jak bardzo zmienił się mój stosunek do smoka, odkąd zrozumiałem, że właściwie jest moim sprzymierzeńcem, moją szansą na odnalezienie mojego miejsca, jeśli takowe istnieje. Coraz częściej wspominam mój pierwszy świat, mimo niedoskonałości bliski i chyba najbardziej przyjazny. Smok nie przeraża mnie już, chyba mu ufam. Jest na swój sposób piękny. Majestatyczny, właściwsze słowo. Nie krzyczę już, zatykam uszy i hałas nie zagraża moim uszom. Bez TXT nie ma tego przeraźliwego tempa, mogę obserwować zmiany. Z ufnością oddałem się w szpony smoka wierząc, że wie, gdzie powinienem się znaleźć. Gdyby jeszcze opracował mniej bolesny sposób lądowania.

Przez chwilę wydawało mi się, że mignęła mi przed oczyma moja garderoba, Bruno i śliczna Caro, ale nie chciałem się zatrzymywać. Przede mną przecież nowa wspaniała przyszłość.

***

To był dziwny skok. Sielanka, oto pierwsze słowo jakie mu przyszło do głowy kiedy wylądował. Same niespodzianki. Nie był, jak w innych miejscach, postrzegany jako obcy. Tym razem śliczna blondynka, uderzająco podobna do Caro, zwracała się do niego per „Mężusiu”. Dorobił się też od razu pary aniołkowatych pociech, które teraz czepiały mu się nogawek popiskując „ opa tatusiu, opa”. Wszystko podejrzanie przypominało reklamę margaryny bez cholesterolu. Sielska scena w kuchni z meblami z Ikei. Z żoną w sukience w kratkę w stylu Doris Day, równie jak ona naturalną. Wszystko takie… „urocze”. Koszmarne słowo, używane przez starsze panie i księży.

Siedział przy stole, jadł obiad, perfekcyjnie zbilansowany, nadzwyczaj zdrowy, bogaty w witaminy posiłek. Nie czuł żadnego smaku. Międlił w ustach jakieś warzywo, zdaje się, że był to brokuł i nie czuł nic. Wszystko było tak idealne, że aż puste. Niczym scenografia do filmu o idealnych żonach ze Stepford. A przecież dokładnie tak wymarzył sobie swoje dorosłe życie jako dzieciak. Pamiętał to zaklęcie: „i żadnych kłótni i żądnych kłótni”, które mamrotał wtykając głowę w poduszkę, by nie słyszeć awantury z kuchni. Rodzice wymieniali poglądy. Połknął kolejny, całkowicie pozbawiony smaku kęs. Dzieci wyciągnęły skądś idealnie rodzinnego, dobrze ułożonego psa. Rzecz jasna labradora.

Spojrzał na rozpływającą się w uśmiechach żonę i na zgodnie bawiące się dzieci.

Poczuł, że ma dwa wyjścia. Albo za chwile przywoła smoka, albo roztrzaska, jedną po drugiej, główki swej idealnej familii.

*

Huk znacznie silniejszy niż zwykle. Smok dziwnie niespokojny, miota się i ryczy.

Wszystko trwa dłużej niż zwykle. Czy już się nie skończy? A jednak.

Stoję w czarnym tunelu, który cały promieniuje energią czarnego błysku. Gdzieś na końcu tunelu widzę światło. Czy nie tak opisywali swoje doświadczenia ci, którzy przeżyli śmierć kliniczną? Czy to znaczy, że ja? Idę w ciemnościach w stronę światła. Nagle tracę grunt pod nogami. Spadam. Nie krzyczę.

EPILOG

Chłopiec kurczowo przyciskał do piersi kalejdoskop. W drugiej rączce trzymał małe szkiełko.

– Tato! – zawołał przestraszony. Odpowiedziała cisza. Wbiegł do gabinetu. Ojciec zajęty rozłożonymi po całym biurku dokumentami nie zwrócił na niego uwagi.

– Tato… – szepnął prosząco.

– Tak? – spytał roztargniony nie podnosząc wzroku znad kartek.

– To wypadło z kalejdoskopu, chyba się popsuł – położył czerwone szkiełko na dokumentach ojca. Mężczyzna obejrzał je pod światło. Zdziwiony zauważył na nim znaczek, jakby czerwona jaszczurka czy smok? Wziął od chłopca kalejdoskop i przez chwilę przekręcał tubę i obserwował jak szkiełka z cichym trzaskiem układają się w coraz to nowe kombinacje. Nigdzie nie widział luki.

– Kalejdoskop jest w porządku, niczego w nim nie brakuje – zawyrokował oddając zabawkę dziecku.

– A to szkiełko?

Jesteś pewien, że wypadło z kalejdoskopu? – malec gorliwie przytaknął – Dziwne, wygląda jak z zupełnie innej układanki…

Przyszłemu mężowi – Rafałowi i moim Wiedźmom dedykuję.

Aneta D. Jadowska

Toruń, 04.09.2004

  8 Responses to “Aneta Jadowska – Kalejdoskop”

  1. Muszę się do czegoś przyznać… od razu po przeczytaniu tego opowiadania czułam, że mi się podoba, że coś ze sobą niesie, ale nie do końca je zrozumiałam…. 😛 Musiałam sobie nad nim chwilę podumać i choć nie wszystko jest jeszcze dla mnie jasne to polecam. Coś takiego nieoczywistego – przynajmniej dla mnie :)

  2. Dzięki Oksa, to naprawdę słowa jakich pisarz złaknion jest jak kania dżdżu

  3. Dobra, to idąc za ciosem, naprawdę chciałabym wszystko pojąć 😀 czy opowiadanie to jest czymś zainspirowane? Czy totalnie z głowy? Pytam nie bez powodu – jeśli nie istnieje żaden zapalnik, to trzeba będzie pogłówkować, skąd się pewne rzeczy wzięły, ot na przykład taki sobie smok – rzeczywiście smok, czy też takie sobie uosobienie istoty dla „skaczących”?

    Głupie pytanie – czy chłopak rzeczywiście ginie? Okazuje się, że nie było dla niego żadnego świata, nie miał prawa istnieć nigdzie i był skazany na hmm nieistnienie?

  4. Hm, na niektóre z twoich pytań odpowiedzieć nie mogę, musisz sama rozkminić 😉
    Ale jako inspirację mogę podać 3 utwory the Doors: Break out through, End of the night, a przede wszystkim The end. Słuchałam ich tak często, że ten tekst sam zaczął układać się w głowie 😉 Włącz sobie, pozwól by hipnotyczny głos Jima oplótł twoje synapsy i przeczytaj jeszcze raz, może odpowiedzi przyjdą same 😉
    A kalejdoskop jako taki jest idealną metaforą dla życia, pisania i wszystkiego, uwielbiam kalejdoskopy: niby ograniczona liczka szkiełek i kilka lusterek, a wystarczy przekręcić i układają się w całe magiczne światy i fraktale.

  5. Na pewno w wolnej chwili posłucham, najlepiej w domu, gdy mąż zamknie się w pokoju pracować, a koty wyeksmituję na balkon, żeby nie właziły na mnie żądne głaskania :)

  6. Mój kot lubi Doorsów, więc może i twoich nie trzeba eksmitować 😉

  7. Będzie trzeba, bo każde wolne miejsce na moim ciele będą chciały sierściuchy zająć, ułożyć się i wystarczy poczekać aż personel zacznie głaskać 😎

  8. Żeby wyklarował mi się przekaz tego opowiadania musiałam przeczytać je drugi raz bardzo uważnie. Na początku opowiadanie przypomniało mi film Slajersi (nie wiem jak to się pisze). Po przeczytaniu drugi raz doszłam do wniosku, że Max to ten mały chłopczyk z kalejdoskopem. Poznajemy jego hipotetyczne życia. Którym swoim wcieleniem będzie. Którą ścieżkę wybierze? Czy w ogóle ma jakiś wybór? Czy istnieje dla niego przyszłość? A czerwony smok to tylko symbol. Każdy w tym opowiadaniu może zobaczyć coś innego.

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>