Wild West Fantasy

 

western 3 western 4western 5

Kropla za kroplą odbijała się od metalowego wiadra i nie było w tym powtarzającym się dźwięku nic relaksującego. Rosnący na suficie wilgotny placek spuchniętej farby wyraźnie dowodził, że czas debaty, czy najpierw należy zrobić remont dachu, czy wstawić porządne okna, dobiegł końca. Okna się jeszcze jakoś trzymały, ale szopa, którą przydzielono mi na komisariat, urągała przyzwoitości i niech mnie jasna cholera, jeśli nie znajdę sposobu na wyduszenie od burmistrza i sędziego pokoju kasy na remont. Odepchnęłam się stopami od biurka, a kapitańskie krzesnło pod moim tyłkiem zaskrzypiało złowrogo. Było jeszcze starsze niż budynek.

Wstałam zza biurka. Wcisnęłam kapelusz na głowę i poprawiłam pas z rewolwerami. Do kieszonki na piersi przypięłam srebrną gwiazdę szeryfa. Byłam z niej dumna. Wiele lat temu ojciec przepowiadał, że z takim charakterem skończę za kratami. Dziś takich ochlapusów jak on, z ciężkimi pięściami i zamiłowaniem do domowych awantur, wsadzałam do celi i bez wyrzutów sumienia zapominałam na tydzień czy dwa, gdzie zostawiłam klucz.

Codzienny spacerek po mieście traktowałam jak rytuał i część moich obowiązków. Regularne spotkania z szeryfem pełniły funkcję prewencji lepiej niż cokolwiek innego, czym dysponowałam. A jeśli ludzie widzą gwiazdę w akcji, chętniej wysupłują kasę na remont. Prawie tak chętnie, jak na tacę w czasie niedzielnej mszy. W kościele nie kapało z sufitu, a szyby już dawno zastąpiono kolorowymi witrażami. Święty Piotr na największym podejrzanie przypominał burmistrza.

Podeszłam do uchylonej kraty jedynej celi w tym przybytku i zawołałam mojego zastępcę. Witkacy spał, zwinięty w kłębek na sienniku, okryty końską derką, której ostry zapach nie był w stanie zamaskować gryzącej nuty indiańskich ziół, które popalał po cichu. Westchnęłam, bo mieliśmy już na ten temat niejedną rozmowę. Nie przeszkadzało mi, jak burmistrzowi, bratanie się z czerwonoskórymi, skoro nie miałam nic przeciwko czerwonoskórym. Nie miałam nic przeciwko popalaniu ziółek, choć właściciel szynku uważał, że to niepatriotyczne. Wadziło mi tylko to, że robi to w godzinach pracy. Odkąd dostał ataku śmiechu podczas próby udaremnienia napadu na bank, byłam więcej niż zrzędliwa. To, że widział różowe wróżki wokół bandyty naprawdę nie było wytłumaczeniem, które mogłabym akceptować. Zwłaszcza, że bandzior w ułamku chwili stracił cały szacunek dla władzy i porządku oraz wolę współpracy. Ostatecznie musiałam go zastrzelić.

– Witkacy, wychodzę, nie daj się ukraść – powiedziałam odrobinę za głośno, w nadziei, że rozboli go głowa.

Zamruczał coś tylko i nakrył się mocniej derką.

                                                                                        ☆

Deszcz był naprawdę potrzebny. Po wielu dniach suszy pył unosił się nad drogą na metr i nawet biegnący kundel potrafił wzbić tumany kurzu. Dzieciaki uważały za świetną rozrywkę ganianie psów, aż zziajane i zakurzone wpadały w świeżo rozwieszone pranie. Każdego dnia miałam co najmniej jedno zgłoszenie od rozsierdzonych gospodyń. Wyłapanie szczeniaków i udzielenie im ostrzeżenia dawało cień szansy, że poszkodowane kobiety nie złoją im tyłków, co nakręcałoby spiralę małych złośliwych zemst. Zlekceważ drobiazg i, zanim się spostrzeżesz, woda w głównym ujęciu ma podejrzanie fiołkowy kolor i śmierdzi jodyną, a do kawy w hotelu ktoś dosypał popiołów wampira, który przywitał się ze słońcem ostatni raz. To małe miasteczko. Ludzie się nudzą. Zwłaszcza młodzi. Szukają zwady, bo zwada oznacza zabawę i okazję do nakładzenia sobie po pyskach. A ja mam tylko jedną celę!

Poza kilkorgiem dzieci bawiących się z tłustym i ospałym kotem, na ulicach nie było prawie nikogo. Słońce dawało w kość, temperatura przekroczyła już czterdzieści stopni w cieniu, a o wietrze czytaliśmy tylko w bajkach dla dzieci.

leon western

Ludzie, jeśli nie pracowali, chowali się w cieniu werand i w szynku, gdzie podlewali wysuszone gardła wysokoprocentowymi trunkami. Uwiązane pod daszkiem konie popijały głośno wodę z koryta, wiszące obok worki z obrokiem nie budziły ich zainteresowania. Wyleniały pies Leona, właściciela szynku, wylegiwał się na drewnianych schodkach. Jego pan siedział na obdrapanym fotelu na biegunach i palił fajkę. Ciemnymi oczyma śledził ulicę tak, jakby spodziewał się w każdej chwili bandytów, Indian czy urzędników z kolei, których nienawidził z całego serca. Mówiono, że kiedyś by rewolwerowcem, szybkim i bezlitosnym. Aż mu się odwidziało i zamieszkał u nas, w Thornville, i otworzył bar. Przyjął się, bo nie chrzcił whiskey, a w razie rozróby nie faworyzował nikogo i po równo trzaskał po pyskach. Miałam do niego mały sentyment, bo raz czy dwa wypożyczył mi swoją szopę, gdy w mojej celi już nie mieścili się zatrzymani. Uchyliłam mu kapelusza na powitanie, a on wypuścił w moją stronę serię kółeczek z dymu. Szło mu coraz lepiej. Założył się ze mną, że do świąt będzie w stanie zrobić równo dwadzieścia na jednym wdechu. Miał sporą szansę na wygraną.

Było cicho. Za cicho. W mieście, w którym obok siebie mieszkają ludzie, magiczni, zmiennokształtni, wampiry i Bogini wie, kto jeszcze, nigdy nie jest cicho, chyba że właśnie dzieje się coś, co wymaga dyskrecji i zwykle jest na to paragraf.

Zajrzałam w okna mijanego banku, ale nie dostrzegłam żadnych bandytów. Kasjer przysypiał na krześle, z głową odchyloną do tyłu aż się prosił, by mu zrobić numer. Zastukałam w szybę i uciekłam, nie sprawdzając, czy wybudzony zleci na podłogę. Nawet jeśli, pójdzie na konto dzieciaków. Przecież niemożliwe, by pani szeryf miała poczucie humoru.

Otarłam kraciastą chustką spocone czoło. Wciąż było za gorąco. Po kałużach nie zostało już śladu – wchłonęła je sucha ziemia, a reszta wyparowała w rozpętanym piekle skwaru. Musiałoby padać kilka dni, by atmosfera meksykańskiego pogranicza zmieniła się choć trochę. Koszula lepiła mi się do pleców, a ostre słońce przedzierało się pod otok kapelusza. Najchętniej pojechałabym nad staw za miastem, ściągnęła ciuchy i wysokie skórzane buty, by ochłodzić się w wodzie, ale na to musiałam trochę poczekać. Drink w szynku również, choć w gardle drapało od kurzu i spiekoty. Najpierw dach.

Ale zanim pójdę po prośbie, przydałaby się jakaś miła akcja, która przypomniałaby mieszkańcom, że właściwie bardzo potrzebują szeryfa, a szeryf powinien mieć dach nad głową. Nic widowiskowego, bo na to było za gorąco, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby pojawił się któryś łobuz z bandy Kostropatego Hanka i zapracował na wykopanie go z miasteczka. Banda Hanka wpasowywała się w koloryt lokalny. Rozrabiali, strzelali, kradli. Niby nic poważnego, nie w skali, jaka się tu zdarzała od czasu do czasu, ale jeśliby znów jakiś przegrał zakład i nago przegalopował przez środek miasta, zmuszając bogobojne matki do zasłaniania oczu nastoletnim córkom… szanse na datki byłyby nieco większe. Nic tak nie napędza świętego oburzenia obywatelskiego jak odrobina golizny.

Hotel, prowadzony przez wampiry, wciąż miał okna szczelnie zasłonięte okiennicami. Dopiero po zmroku je otworzą i zwabią gości muzyką i pięknymi wampirzycami. Roman stawiał na pełen zakres usług – pokój z łóżkiem i dziewczyna do ogrzania łóżka, jeśli taka wola, a jeśli po upojnej nocy gość nieco słabuje, może za grosze kupić stek w jadłodajni na parterze. Nie musi nawet zostawiać napiwku, bo to już uregulował w nocy własną krwawicą. Budynek zabezpieczono tak, by wampiry mogły w nim mieszkać bez ryzyka uprażenia się na słońcu, ale część lokalu była przeznaczona dla ludzkich gości. Osobiście wolałabym mieć okno i świeże powietrze, nawet jeśli sama musiałabym sobie ogrzewać łóżko. Ale wedle Teresy, wampirzycy pilnującej interesów Romana, te ludzkie pokoje nie cieszyły się wielkim powodzeniem. Teraz tylko dwóch służących kręciło się po hotelu. Jeden zamiatał werandę, o biedny Syzyf, drugi wypakowywał z wozu skrzynki z alkoholem i wnosił je bocznym wejściem do hotelu.

Z Romanem miałam zamiar jeszcze dziś porozmawiać. Jako sędzia pokoju miał spore wpływy i mógł sypnąć groszem na dach komisariatu. Ale poczekam, aż się obudzi, pożywi i aż zniknie czerwień z jego oczu. I bez niej miałam talent do wyciągania z niego co najgorsze.

I nagle było po ciszy. Kobiecy krzyk wściekłości rozdarł gęste jak budyń powietrze. Przyspieszyłam.

Katarzyna była dziwaczką. Na standardy naszego miasta była krezuską, jej ojciec zostawił jej spory majątek i nawet nie wspomniał o zamążpójściu jako warunku koniecznym, by mogła z tego skorzystać. A jednak jej dom nie odbiegał wykończeniem od pozostałych, z szeroką białą werandą i oknami ozdobionymi koronkowymi firankami od frontu i sporym ogrodem z tyłu. Poza warzywami i kwiatami hodowała jeszcze kury – białe, hałaśliwe, a obecnie półżywe ze stresu, z różowymi plackami w miejscach, gdzie zabrakło im piór. Pierze wciąż wisiało w powietrzu, kiedy dotarłam na miejsce, przeskakując niski, drewniany płotek.

Nie wyglądała na swoje prawie pięćdziesiąt lat w jasnej sukience z gorsetem sztywniejszym niż moje ostrogi i jasnymi jak len włosami splecionymi w kołyszący się poniżej bioder warkocz.

– Czy ty widzisz, co te gałgany zrobiły?! Czy ty to widzisz?! – krzyczała, wymachując przerażonym kurczakiem, którego trzymała w dłoniach.

Przytaknęłam, bo musiałabym być ślepa, by nie widzieć. Ostrożnie wyjęłam kuraka z dłoni Katarzyny i odłożyłam go na trawnik. Przewrócił się na bok i dopiero po chwili zdołał chwiejnie zrobić kilka kroków.

– To się musi skończyć! Ja ich po prostu ugotuję! Rzucę na nich taki urok, że to się raz na dobre skończy! – Wygrażała pięścią w stronę budynku z czerwonej cegły po drugiej stronie ulicy i cóż, gdybym miała wątpliwości, kto narozrabiał, rozwiałyby się teraz.

– Nie możesz rzucać uroków na dzieci. Takie są przepisy – powiedziałam spokojnie.

– Nie mów mi, co mogę robić! Jestem najpotężniejszą wiedźmą w tym mieście, a nie mogę nawet wyhodować kurczaków, by nie dostały zawału serca, przez tych gagatków! Mogłam cię słuchać kiedy mieli dwa lata, albo pięć, ba! Nawet siedem! Ale oni mają już po piętnaście lat i nie zmienili się nawet odrobinę! Mam dość! – krzyczała.

Potarłam czoło, bo byłam w kropce. Ojciec gagatków był burmistrzem miasta. Wszelkie próby temperowania jego szczeniaków nie kończyły się dobrze – robił się czerwony, zmieniał w wilka i rozszarpywał, co miał pod ręką. Jeśli miałam szczęście, był to tapicerowany fotel, jeśli nie – jeden ze służących lub prawników, których sprowadzał z miasta w pakietach po tuzin, bo jakoś nigdy nie mieli szczęścia, by pożyć dłuższą chwilę. Wilcze szczeniaki i bez tego są trudne, ale Brunon rozpuścił swoje jak dziadowskie bicze. Byli lekkomyślni, złośliwi jak grzechotniki i natrętni jak wysypka w miejscach prywatnych. Wilk potrzebuje dyscypliny, a nie ojca, który rozkłada parasol nad każdym wybrykiem. Ale to tylko moja opinia, która nie znajdowała uznania w oczach miejscowego alfy i burmistrza. A gówniarze poczynali sobie coraz zuchwalej. Już nie chodziło tylko o kury czy ubrudzone pranie. W zeszłym tygodniu odkręcili coś przy dorożce i ledwie ruszyła, rozpadła się na części. Ktoś mógł otłuc sobie cztery litery. Zaczęli się też interesować dziewczętami i alkoholem, a to złe połączenie, jeśli nie przyjmujesz do wiadomości żadnego sprzeciwu.

– Masz pewność, że to oni? – zapytałam. – Wiesz, że nowe pokolenie hultajów już opuściło łona matek…

– Widziałam ich przez okno – warknęła. – To byli bracia Beck, wierz mi, rozpoznam te ich bezczelne gęby z daleka.

– Złożysz oficjalną skargę, na piśmie?

– A co mi to da?

– Szansę, by gnojki odpracowały swoją winę. Dobre i to, nie?

– Wiele bym dała, by zobaczyć ich przy uczciwej robocie choćby na pięć minut – sarknęła. – Zgoda, napiszę skargę. A ty…

– Zajmę się tym – powiedziałam, uświadamiając sobie, że wciąż mogę jakoś połączyć pożyteczne z pożytecznym. – Nie rzucaj uroków, bo wiesz, co będzie. Nie chcę kolejnej wojny między wiedźmami i wilkołakami.

– Powinnaś być po mojej stronie! – powiedziała z wyrzutem.

– Wierz mi, jestem. Ale jeśli rzucisz urok, to oni wyjdą na biedne, małoletnie ofiary dręczone przez złą wiedźmę. Nie daj mu tej satysfakcji, bo znów im się upiecze.

– Jesteś dla nich za miękka – mruknęła z niechęcią.

– Chętnie oddam gwiazdę, jeśli przejmiesz moje obowiązki.

– Nie denerwuj mnie! Zajmij się tym! I jeśli zobaczę ich tu jeszcze raz, mogę się zapomnieć – oświadczyła i odwróciła się na pięcie.

Audiencja skończona.

                                                                                          ☆

Chłopaków Becka nigdzie nie widziałam. Jak zawsze po odwaleniu numeru zaszyli się pod powierzchnię i udawali niewiniątka. Niewykluczone, że pomagali pastorowi albo ratowali sierotki.

Przeszłam właściwie całe miasteczko, wszerz i wzdłuż. Pięćdziesiąt domów, kilka budynków użyteczności publicznej, w porywach do sześciuset mieszkańców, nie licząc okolicznych farm. Tylko we wtorki, kiedy przyjeżdżał dyliżans, a ludzie ściągali z okolicznych miejscowości na targ, bywało tu tłoczno i zdarzało mi się widzieć obce twarze.

                                                                                            ☆

W oddali widziałam zbliżający się obłok kurzu, wzbijany przez końskie kopyta. Już po chwili dostrzegłam potężną sylwetkę czarnego mustanga i ciemną, wyprostowaną postać jeźdźca, który z cholernym wdziękiem trzymał się w siodle. Przyjemnie było na niego popatrzeć. Oparłam się o ścianę budynku i czekałam, bo z każdą chwilą widziałam go wyraźniej. Zaraza i dur brzuszny. Liczyłam, że któregoś dnia będę mogła ze spokojem spoglądać w tę mocną, wyrazistą twarz, ciemną skórę opinającą te cholernie ładnie wyrobione mięśnie i nic nie ściśnie mnie w dołku na widok czarnych włosów wymykających się spod czarnego stetsona… To zdecydowanie nie był jeszcze ten dzień i nagle zachciało mi się pić jeszcze bardziej.

Ściągnął cugle tuż przede mną, aż poczułam krople końskiego potu przelatujące ze zgrzanej skóry zwierzęcia na moją.

– Co tam? – zapytałam, zadzierając głowę i zakołysałam się na piętach, zaczepiając kciuki na pasie z rewolwerami. Sporą część energii w tej relacji pochłaniało udawanie, że absolutnie nie drżą mi nogi i jestem opanowana jak mniszka na roratach. Chciałam wierzyć, że udawanie, że nie pada powalony moją urodą, kosztowało go w połowie tak wiele energii. Żyję nadzieją.

– Mamy problem – powiedział Miron, najprzystojniejszy ranczer w okolicy, nie zsiadając z końskiego grzbietu. Odczytałam sygnały. Nie będzie flirtu, będzie jazda.

– I przychodzisz z tym do mnie? Jestem wzruszona. Czyli można nauczyć starego psa nowych sztuczek? – powiedziałam, poklepując Demona po chrapach.

Odwróciłam się, wiedząc, że Miron pojedzie za mną krok w krok, z lejcami luźno wiszącymi w dłoniach, a wierzchowiec będzie czytał mu w myślach, by spełnić pokładane w nim oczekiwania.

Jego koń był posłuszny jak aniołek, choć miał diabelskie błyski w oku. Tak jak jego pan, choć ten jeszcze nie odkrył powabu posłuszeństwa. Nigdy nie miałam pewności, które się do którego upodobniło. Miron wychował go i oswoił od źrebaka.

– Nie chciałbym spędzić kolejnej nocy na pryczy w komisariacie – skrzywił się.

Nic dziwnego. Prycza była za krótka o dobre dwadzieścia centymetrów w stosunku do długości jego ciała, a siennik miał strukturę Gór Skalistych. Facet miał krótki lont i zastrzelił dwóch złodziei na gorącym uczynku. Prawo było po jego stronie, ale nie musiał ich skalpować w ramach ostrzeżenia dla innych koniokradów… Miron Black był w jednej ósmej Indianinem i widać czasem tyle wystarczy.

– Co mamy? – zapytałam, mijając komisariat.

– Sama zobaczysz, pośpiesz się – mruknął niezbyt uprzejmie, ale po jego oczach widziałam, że to nerwy, nie impertynencja. Coś go wytrąciło z równowagi. I to bardziej niż chciałby przyznać.

Z tyłu w małej stajni trzymałam swoje konie, Lucky Star, najśliczniejszą kasztankę po tej stronie gór, i Bubę, siwą chabetę o melancholijnym spojrzeniu i niespiesznym chodzie, idealną dla Witkaca. Nawet kiedy był półprzytomny, Buba pilnowała, by trafił na komisariat w jednym kawałku.

Osiodłałam Lucky Star, przytroczyłam do siodła winchestera, dwa zwoje lassa wzmocnionego srebrem, sakiewkę z zapasowymi kulami, święconymi i posrebrzanymi, oraz solidne kajdany. Nie powiedział mi, z czym mamy do czynienia, a w tej okolicy lepiej być ostrożnym, jeśli nie chce się być martwym.

Wyprowadziłam konia ze stajni i zwinnie wskoczyłam na siodło.

– Prowadź – powiedziałam do Mirona i ruszyłam za nim.

Nie rozmawialiśmy. Ledwie opuściliśmy zabudowania miasteczka, przeszedł w dziarski galop. Chwilami zwalniał tylko dlatego, że Lucky Star nie była w stanie nadążyć za Demonem, mustangiem, który wyglądał jak jego zwierzęca kopia – czarny, posępny, umięśniony i więcej niż niebezpieczny.

The sky and clouds being lit up by the morning sunrise

Nie schodząc z konia, otworzył bramę swojego rancza, Two Horns, przepuścił mnie i zamknął ją za nami. Wciąż bez słowa skręcił z drogi prowadzącej do domu i obejścia i ruszył galopem wzdłuż ogrodzenia. Po kilku minutach zwolnił. Zeskoczył z Demona i zarzucił lejce na słupek ogrodzenia. Pogładził zwierzę po szyi i odwrócił się w moją stronę, czekając, aż stanę na ziemi.

Szliśmy tylko kilka minut, w dół wysuszonego koryta strumienia. Zobaczyłam czerniące się na niebie ptaki na chwilę zanim poczułam smród kwaśniejącej krwi i odchodów.

Chciałabym na to nie patrzeć, naprawdę. Nie potrafię się przyzwyczaić do pewnych rzeczy. Wielkie krowie oczy zdawały się spoglądać na mnie z wyrzutem. Rdzawe futro cielaczka zlewało się w jedną plamę czerwieni z krwią i piachem, w który wsiąkała posoka. Pięć krów i dwa cielaki. Bez sensu. Za duża masakra, by było to dzikie zwierzę, za dużo mięsa zostało, by ktoś kierował się głodem. To była masakra, miała zrobić wrażenie. Ptaki dorwały się już do rozciągniętych po ziemi wnętrzności, muchy kręciły się nad otwartymi trzewiami, ale wciąż nie widziałam larw – nie minęło więcej niż kilka godzin – prędzej dwie, trzy, niż sześć.

– Kto to mógł zrobić? – zapytałam głucho.

Ludzie do siebie strzelali, to było normalne, ale nie z braku szacunku do życia, a zwykle z głupoty. To tu nie było głupie, było okrutne i podłe, kapało wręcz pogardą dla życia.

– Mam swoje podejrzenia – powiedział posępnie. – Wytropiłem ich jakieś dziesięć kilometrów stąd, ale rozpoznałem, z kim mam do czynienia i wolałem nie brać sobie tego na barki.

Syknęłam. Miron Black brał na barki wszystko i więcej, ale trzymał się z daleka od zmiennokształtnych. Nawet do Thornville zaglądał w ostateczności, bo wolał trzymać się na dystans od wilków Brunona. Może dlatego, że w wierzeniach jego indiańskich przodków nie ma zmiennokształtnych, ale są skinwalkerzy, którzy zyskują moc przemiany w zwierzę kosztem ofiary z krewnego czy niewinnego dziecka. Bardzo brudna magia. Racjonalnie, Miron musiał wiedzieć, że to nie to samo i wilki rodzą się wilkami bez składania ofiar, ale trzymał się na dystans. Nie było też tajemnicą, że zabicie wilka to zawsze kłopoty. Zabijasz jednego, po zmroku spotykasz dwudziestu.

– Stado Brunona Becka? – zapytałam.

– Nie sądzę. Wyglądają na obdartusów.

– Włóczędzy? Na terytorium Brunona? No ładnie.

– Zostawisz to teraz? – zapytał.

Jego twarz nie wyrażała wiele, ale najwyraźniej miał lepsze mniemanie o moim rozsądku niż ja sama.

– Nie ma mowy. Zabili ci krowy. Złamali prawo.

– Nie dadzą się wsadzić.

– To postrzelamy do ruchomego celu.

– Bruno ci nie daruje.

– Bruno mnie będzie po stopach całował, nie czekając, aż je umyję.

                                                                                        ☆

Zdołaliśmy podejść naprawdę blisko, nie wzbudzając zainteresowania facetów byczących się wokół ogniska. Ich konie stały w cieniu kępy drzew, rozsiodłane, bo siodła służyły właścicielom za poduszki. Musieli założyć obozowisko dzień, może dwa dni temu, względnie osiągnęli mistrzostwo, w robieniu bałaganu na czas. Broń palna i długie noże, wciąż brudne od krwi krów, leżały na ziemi między pustymi butelkami po alkoholu, ochłapami niedopieczonego mięsa i paczkami tytoniu do żucia. Łatwość podejścia ich była wprost proporcjonalna do ilości pustych butelek walających się pod nogami.

Pięciu facetów leżało wokół paleniska jak prezenty wokół bożonarodzeniowego drzewka. Smród alkoholu i zepsutej krwi uderzył mnie w nozdrza. Nic dziwnego, że nie zauważyli naszej obecności – byli naprani w trąbę. Widać nic tak nie budzi ochoty na drinka, jak zmasakrowanie niewinnych krów. Ostrożnie przeszłam wokół nich, odsuwając stopą strzelby spoza zasięgu ich rąk, nie spuszczając ich z muszki. Miron, o dziwo, postanowił mi towarzyszyć i stał na czatach z naładowanym winchesterem w jednej dłoni i rewolwerem w drugiej. Wolałam, by miał zajęte ręce. Skalpowanie naprawdę nie było dobrze widziane w tej okolicy.

Gdy pole już było oczyszczone, przyłożyłam lufę do czoła największego zbira, odciągnęłam kurek i głośno odchrząknęłam. Powieki faceta uniosły się ostrożnie i wciąż niezbyt przytomne, ale już chłodne spojrzenie przeszyło mnie na wylot. Jego dłoń szybko jak grzechotnik wystrzeliła w bok, gdzie jeszcze chwilę temu leżała jego spluwa, ale teraz palce trafiły tylko na piach.

– Proszę, bądź niegrzeczny, tak bardzo ułatwiłbyś mi życie – wycedziłam.

Uciekł spojrzeniem w bok, sprawdzał, jak się mają pozostali. Zmrużył oczy ze złością, widząc posępną sylwetkę Mirona stojącego między jego zaspanymi kamratami. Żaden nie miał na twarzy wymalowanej odwagi czy głupoty wystarczającej, by sięgać po broń i sprawdzać, czy są po pijaku szybsi ode mnie i Mirona, który wyraźnie wściekły, miał nadzieję, że jednak spróbują.

– Więc jaki będzie nagłówek w lokalnej prasie, głupku? „Pięciu włóczęgów, którzy zmasakrowali bydło lokalnego ranczera, aresztowanych”? A może „pięciu bandytów zastrzelonych podczas aresztowania”?

– Ten drugi podoba mi się bardziej – powiedział Miron.

Przytaknęłam.

– Na pewno byłoby mniej roboty papierkowej. A może powinnam posłać po Brunona, by załatwił to w obrębie ich gatunku? Zawsze mówi, że od waszych porachunków powinnam się trzymać z daleka.

– Mogę z nimi posiedzieć, jeśli chcesz wezwać wilki – przyznał z uśmiechem Miron.

– Nie możesz tak po prostu… – powiedział włóczęga i zaklął.

Chyba dodał dwa do dwóch. Nie tylko zabili bydło – świętość w tych stronach. Nie tylko przebywali na ziemi Mirona bez jego zgody. Przede wszystkim przebywali na terytorium innego wilka bez pytania. A to, co ja im zrobię, to pikuś w porównaniu z tym, co spotkałoby ich z rąk Brunona.

Zagrzechotałam kajdankami, a on niechętnie, ale uniósł ręce, bym mogła go skuć. Pociągnęłam go tak, by zakuć mu ramiona za plecami. Rzuciłam Mironowi parę kajdanek, ostatnią. I tak miałam ich o parę więcej niż cel. Odcięłam kawał linki z pętli wiszącej przy siodle i skrępowałam ręce pozostałych więźniów, po czym związałam ich w rządku, by szli grzecznie jak kaczątka za mamą kaczką. Wytarłam ręce o nogawki spodni, uświadamiając sobie, że są skąpani w świeżej i wciąż lepkiej krwi. Muchy zaczynały lgnąć do ich ubrań z bzyczącą intensywnością. Po tym wszystkim cela też będzie wymagała remontu.

                                                                                          ☆

Minęła już pora podwieczorku, kiedy wjechałam do miasta, ciągnąc na postronku pięciu gagatków z zakazanymi pyskami umazanymi krwią. Miron odprowadził mnie tylko do rogatek i wrócił do siebie, stwierdzając, że sobie poradzę, a on ma ranczo do prowadzenia i nie ma czasu na zabawę w policjantów i złodziei.

Dość szybko wzbudziliśmy sensację. Mieszkańcy wychylali się przez okna, wychodzili na werandy i głośno komentowali nasz mały pochód.

– Nieźle dziewczyno! – Leon splunął tytoniem i uśmiechnął się szeroko. – Czyżby lokalny alfa nie radził sobie z buntownikami i potrzebował twojej pomocy?! – rzucił tubalnie, jego słowa rozeszły się szeroko po gwarnej ulicy.

– Dziewczyna robi, co musi – odkrzyknęłam i dotknęłam otoka kapelusza z wdzięcznością, bo jego butne pytanie było mi na rękę.

Zaprowadziłam więźniów do celi, wyrzucając z niej Witkaca. Pięciu chłopa ledwie zmieściło się w ciasnym pomieszczeniu. Nie interesowało mnie, czy będą rzucać kośćmi o jedyną pryczę, czy ustalą między sobą hierarchię spania. Zatrzasnęłam kratę i kłódkę.

Miałam jeszcze jedną rzecz do zrobienia.

Tak jak się spodziewałam, bracia Beck wychynęli ze swojej kryjówki, gdy tylko dotarło do nich zamieszanie wokół komisariatu. Pięć obcych wilków to nie byle co w mieście, którym rządził ich ojciec, ale to nie on dopadł bandytów. Stali teraz przed szynkiem i zbierali ploteczki jak sucha ziemia deszcz.

Już dawno nie byli dziećmi, ale wciąż kawałka im brakowało do bycia mężczyznami. Najmłodszy miał czternaście lat, najstarszy siedemnaście. Wysocy, ciemnowłosi i masywni, byli jak broń biologiczna wymierzona w nastoletnie dziewczęta. Ich podekscytowane głosy miały już ten basowy pomruk, ale żaden jeszcze nie miał co golić na szerokiej szczęce.

dora lasso

Zakręciłam lassem i zarzuciłam je wokół torsu najmłodszego. Był znacznie mniej ruchliwy niż byczki na rodeo, na których trenowałam tę sztuczkę od lat. Ściągnęłam sznur szarpnięciem, by poczuł srebro w zwojach lnu.

– Szanowny panie Beck, jest pan aresztowany – rzuciłam ironicznie.

– Za co?! – krzyknął oburzony.

Pozostali bracia byli gotowi do bitki i napierali na nas, spodziewając się, że zdeprymuje mnie blask ich zębów, nazwiska i funkcji, jaką sprawował ich ojciec.

– Złożono na was skargę. Wasze zabawy już się Katarzynie znudziły.

– Skąd wiesz, że to ja? – zapytał i słowo daję, że próbował na mnie szczenięcych oczu.

– Bo mam świadka – oświadczyłam i pociągnęłam go w stronę komisariatu. Jego bracia nie zamierzali zostawić nas samych. Idąc pół kroku za nami, wykrzykiwali groźby i ostrzeżenia.

Gdy mijaliśmy dom burmistrza, najbardziej rozłożysty budynek przy głównej ulicy, na werandę wyszedł sam Bruno Beck. Wielkie chłopisko z chmurnym spojrzeniem spod grubych brwi, w eleganckiej koszuli i kamizelce. Nie wyglądał na gentelmana, do tego nie wystarczyłby nawet smoking, ale wyglądał na takiego, który ma władzę i pieniądze i nie zawaha się uch użyć. Sęk w tym, że dziś mi to pasowało więcej niż dobrze.

– Szeryfie? Co to ma znaczyć? – warknął.

– Aresztuję waszego chłopaka, burmistrzu.

Punkt dla niego. Nie zapytał za co. Nie wspomniał też nic o tym, że chłopak na pewno jest niewinny.

– Tylko jednego? – zapytał zaskoczony.

– Mam pięć zbuntowanych wilków w celi, nie zmieszczą mi się wszyscy twoi synowie, ale nie martw się, posiedzą po kolei. – Uśmiechnęłam się szeroko i pociągnęłam sznur oplatający tors najmłodszego z Becków.

Bruno pociemniał na twarzy. Szybko dodał dwa do dwóch. Jego syn był wciąż szczeniakiem. W walce o hierarchię z pięcioma buntownikami nie miał szans.

– Możemy to chyba rozwiązać bardziej… godnie – powiedział z większą dozą uprzejmości.

– No niby można, bo to jednak tylko wykroczenie, a tamci siedzą za krwawą jatkę… Myślę, że mogę pójść wam na rękę, burmistrzu, ale wiesz jak jest, są rzeczy, które się same nie zrobią.

Burmistrz tylko kiwnął głową, nie wnikając w to, czego zażądam. Nie miał w tym momencie pola do negocjacji.

                                                                                        ☆

Po całonocnym deszczu dzień zapowiadał się pięknie. Ledwie słońce wzeszło na bezchmurnym niebie, a ciszę poranka przerwały odgłosy regularnych uderzeń młotkiem. Rozsiadłam się na ławce przed komisariatem i patrzyłam, jak chłopakom Becka robota pali się w rękach. Biegali gorliwie po dachu i przybijali nowe gonty z zapałem wzmaganym twardą wolą ojca. Jeśli utrzymają tempo, będę miała nowy dach za dwa, może trzy dni. Pół miasta kręciło się w okolicy, z Katarzyną na czele, by poobserwować chłopaków Becka przy uczciwej robocie. Niewykluczone, że części obywatelek wystarczyło, że chłopcy pracowali bez koszul i te ich absurdalnie umięśnione klaty błyszczały od potu w świetle słonecznym. Osobiście najwyżej ceniłam widok przyrastających z minuty na minutę szeregów nowiutkich dachówek, ofiarowanych przez burmistrza na chwałę komisariatu.

To jedna z najmilszych rzeczy w małej społeczności małego miasteczka. Ludzie się garną do pomocy. Nie skąpią grosza. Nie szczędzą mięśni. W końcu wszyscy siedzimy na tym samym wozie.

western 6

 Zdjęcia w nagłówku i powyżej: sesja Davida Simsa dla paryskiego Vogue, 2011 rok, modelka: Isabela Fontana. Zdjęcie westernowego Leona – western Dobry, zły, brzydki, Sergio Leone. A przesłodzone i cukierkowe zdjęcia cowboyów to Pinterest 😀
Mogę wam zdradzić – mam ogromną słabość do westernów, bo to historie w najprostrzej i najczystszej formie. Nawet bardzo złą książkę mogę przeczytać, jeśli są w niej kowboje. Taka słabość, rozumiecie.
Opowiadanie powyżej jest żartem, a nie zamachem na polskość Dory :) Wszystkiego najlepszego z okazji moich urodzin dla was wszystkich :)

 Posted by at 12:51

  17 Responses to “Wild West Fantasy”

  1. Bombowe!!! Chcę jeszcze!!!!!

    • Stanowczo się domagam oświadczenia autorki gdzie jest reszta opowiadań! Jako czytelnik który się nie zna ale wypowie, żądam publikacji zaległych Opowiadań Urodzinowych. Przecież Autorka takowe na pewno miała (urodziny) przynajmniej osiemnaście (wcześniej kobietom podobno pisać nie wolno ;-)) i coś musiała napisać a CZYTAĆ się CHCE! .

      Ps. 😉
      Ps2. Uśmiechu i zdrowia na te 18 😀

  2. Czekam na ciąg dalszy, na Aniołka jako właściciela domu schadzek na przykład 😉 i obowiązkowo kankan w wykonaniu seksownych wampirzyc :)

    • Domem schadzek zajmuje się wszak Roman 😉 Aniołka też bym chętnie zobaczyła… ale jeszcze chętniej więcej o ranczu Mirona 😀

      • Joshua White jest wnukiem bankiera z Bostonu, który odmówił dziadkowi objęcia posady w rodzinnym banku. Wydziedziczony osiadł na ranchu kuzyna Mirona, bo od dziecka o niczym nie marzył tak, jak o byciu ranczerem. Ze względu na nieco przesadną ogładę i edukację u brytyjskich guwernerów jest traktowany jak outsider, ale nie wadzi mu to, bo komponuje się z jego refleksyjną naturą. Gdy nikt nie widzi, rozmawia z krowami o poezji.

  3. Cudne 😀 Thorn w rewolwerowych klimatach kapitalny :) Ja do listy zyczen dolozylabym oczywiscie Leona i jego barowe story .

  4. Prima sort :)) !!!

  5. Lee van Cleef jako Leon?
    *Kontempluje*
    *Kontempluje bardziej*
    Nie, jednak John Wayne.

    Btw, czy to Luc jest czasem tą indiańską 1/8 Mirona?

  6. OMG to było boskie. Cudownie się czytało Dorę w innym wydaniu. Można mieć nadzieję, że zostanie kiedykolwiek (niekoniecznie z Dorą) napisany dłuższy taki western? A dobranie do Mirona Mustanga było cudowne, aż się człowiek rozpływa w wyobraźni. Dora jako szeryf to cudowna wizja, nawet lepsza od policjantki, jakoś tak do jej charakteru bardzo mi pasuje western. Weny do dalszego pisania takich cudownych perełek.

    • moja słabość do kowbojów sprawia, że nie mówię „nigdy” pomysłowi napisania westernu 😀 zobaczymy, jak się życie i pisanie ułoży 😀 I tak, masz rację z charakterem, właśnie dlatego pomysł osadzenia jej w westernie wydał mi się zabawny i wart napisania :)

  7. Po ostatniej focie byłam pewna, że modelka to Stana Katic.

  8. Proszę więcej takich wygłupów!!!

    A tak na marginesie… czy na meksykańskim pograniczu kurz nie powinien unosić się na jard? 😀

  9. A ja mam pytanie dotyczące Katarzyny i Romana :) Czy doczekamy się opowieści, w której będą wyjaśnione te ich tajemnicze kontakty sprzed lat? Katarzyna i Roman na jednym fotelu jednakowoż wyglądali w miarę suodko :)

 Leave a Reply

(required)

(required)

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>